10 prawd objawionych przez 10. edycję OFF Festival

Emocje opadły, głos wrócił, zakwasy i siniaki powoli przechodzą… Relacje już też tu i tam poszły, sam więc zaproponuję coś odrobinę innego – kradnąc znaną i lubianą konwencję z Klubu Miłośników Filmu. Będzie subiektywnie, bez cenzury i niekoniecznie zawsze na temat – a więc klasycznie dla naszego bloga.

10. To, że nie znasz nikogo w line-upie, nic nie znaczy

IMG_20150807_220107Nie żebym sam miał ten problem, choć nie będę udawał, że znam na wyrywki całą dyskografię Sun Ra (a byli tacy) albo umiem wszystkie teksty Sunn O))). Ale przecież tyle było narzekania, jaka to ta edycja będzie do niczego, bo nawet pośród headlinerów brakuje rozpoznawalnych, chwytliwych szyldów. Tymczasem pierwszy dzień festiwalu skradło mi dwoje artystów, których reklamowano przede wszystkim jako „znani ze współpracy z…”. Wiadomo, że trzeba potencjalnej publice dać jakiś punkt zaczepienia, ale takie hierarchizowanie siłą rzeczy musi być krzywdzące.

I tak Susanne Sundfør – tak jak sugerowały wszelkie materiały promocyjne – kojarzyłem jako „tę, co śpiewała u M83”. Jej show był dla mnie powalającą niespodzianką: urocza dziewczyna ma kawał głosu, którym w ciągu swojego występu potrafiła zarówno wzruszyć, jak i zabrać na iście ejtisowy parkiet. Bez namysłu wręczam jej tytuł mojego największego odkrycia tegorocznego OFF-a i już nadrabiam „Ten Love Songs” (na żywo śpiewa równie cudownie!).

IMG_20150807_205405Drugim przykładem artysty, do którego zwabiały głównie jego koneksje, był Mick Harvey. Nie ma Nicka Cave’a, to przynajmniej posłuchamy sobie jego wieloletniego współpracownika – tak z pewnością tłumaczyło to sobie wiele osób. A Mick, jak to Mick: charyzmatyczny, zabawny, starszy pan, sięgający kolejny raz po swojego ulubionego Serge’a Gainsbourga (przełożonego na angielski, gdyby ktoś miał wątpliwości). Przeciętny człowiek kojarzy pewnie jedną piosenkę francuskiego artysty (o tę), ale i tak nie dało się uniknąć czaru Harveya i jego pięknych towarzyszek (w tym kwartetu smyczkowego).

9. Buczenie to też sztuka

Dwa koncerty, na które najbardziej czekałem pierwszego dnia i które w znacznym stopniu przyczyniły się do tego, że ten dzień podobał mi się zdecydowanie najbardziej, to awangarda w czystej postaci: kultowe Sunn O))) i The Residents. O kultowości tych pierwszych najlepiej świadczy fakt, że jeszcze w autobusie jadącym do Doliny Trzech Stawów byłem świadkiem rozentuzjazmowanej dyskusji o tym, które płyty Sunn O))) najlepiej dorwać przed koncertem. Co do kultowości The Residents… Cóż, jeśli ktoś o nich nie słyszał, to nawet nie bardzo wiem, od czego zacząć – to trochę przypadek Coila.

Jak wyglądał koncert amerykańskich drone doom occult metalowców, zobaczycie najlepiej na powyższym nagraniu. Bita godzina regularnego „buczenia” wspartego złowrogim mantrowaniem i niespodziewanymi efektami. Kto choć raz sięgnął po twórczość tego projektu, ten powinien wiedzieć, czego się spodziewać. Przeżycie tego na żywo można określać mianem niepowtarzalnego i transowego, lecz można też przeanalizować je pod kątem tzw. „trollingu”. Wśród pokoncertowych komentarzy nie brakowało stwierdzeń w stylu „impreza życia”, jeszcze dwa dni później padały pytania „czy jeszcze buczą?”, a Internety wygrała ta wymiana komentarzy.

Najefektowniejszy performance – tak jak liczyłem – zaprezentowali jednak The Residents. Epoka oczu już odeszła do lamusa, teraz karty rozdają Randy, Chuck i Bob. Kto nie ogarnia ostatnich pięciu lat twórczości The Residents, musiał zadowolić się streszczeniem Randy’ego, który zaraz po „Rabbit Habit” przestawił pokrótce koncepcję obecnej trylogii (Residentsi kochają trylogie – vide „The Mole Trilogy”). A więc po „Talking Light” i „The Wonder of Weird” przyszła pora na finałowe „Shadowland”, które obejrzeliśmy piątkowego wieczora. Schiza, horror, sztuka, kicz, ale przede wszystkim – niezapomniane przeżycie. Zakładam, że nawet dla tych, co wcześniej o Amerykanach nie słyszeli.

8. Koncerty to nie wszystko

Deana Blunta sobie już po zeszłorocznym występie na Avant Arcie darowałem – to przeżycie, które raz na jedno wcielenie w zupełności wystarcza, zwłaszcza że w tym samym czasie rozgrywała się atrakcja, o której było nieco ciszej, ale wtajemniczeni swoje dobrze wiedzieli. O czym mówię? Tutaj najchętniej wkleiłbym zdjęcie ekipy zagranicznych chłopaków, którzy chichrali się co chwila pod namiotem Kawiarni Literackiej powtarzając z zawadiackim uśmiechem „BURLESQUE!”.

Burleska, czyli – cytując ulotkę – „dzikie bestie, żonglerzy, siłaczki, linoskoczki, kobiety z brodą, karły, syjamskie bliźniaczki, klauny, króliki z kapelusza i inne atrakcje”. Nie oszukujmy się, te „inne atrakcje” to przede wszystkim CYCKI. Popatrzeć na takowe zawsze sympatycznie, ale szczerze przyznam, że całe przedstawienie zrobiło na mnie największe wrażenie dopiero trzeciego dnia. Wtedy to cyrkowy blichtr i jarmarczne rozrywki zastąpiło… „Święto wiosny” Strawińskiego (to samo, o którym wam ostatnio opowiadałem w recenzji „Horse Rotorvator” Coila). A więc sztuka wysoka, a do tego zaprezentowana w świeży, dający do myślenia sposób. Po szczegóły odsyłam do Betty Q i jej koleżanek.

7. Pierwsze trzy utwory są dla fotografów – nie dla ciebie

IMG_20150808_213944Przechodząc do opisu dnia drugiego, muszę niestety zwyczajowo zacząć narzekać. Ostrzegam, że trochę tego będzie. Na pierwszy ogień idą dwie atrakcje Sceny Leśnej, której mnie (zgodnie z oczekiwaniami) najbardziej urzekły, czyli Sun Ra Arkestra i Xiu Xiu grające muzykę z „Twin Peaks”. Najbardziej angażujące, wymagające skupienia koncerty dnia drugiego. Orkiestra Sun Ra złożyła fantastyczny, improwizowany hołd swojemu nieżyjącemu od 22 lat mistrzowi – to, co wyprawiają na scenie ci czarnoskórzy jazzmani, trzeba po prostu zobaczyć. Z kolei Xiu Xiu wprowadzili zupełnie nową jakość do znanych i lubianych kompozycji Angelo Badalamentiego. Jamie Stewart przyprawił „Into the Night”, „Sycamore Trees” i „Falling” egzaltowanym dramatyzmem, a Angela Seo momentalnie rozkochała mnie w sobie ścianami noise’u. Skoro oba występy były takie wspaniałe, to czemu się czepiam? Już tłumaczę.

Ja wiem, ja rozumiem, osobiście co prawda mam taki sam stosunek do fotografii jak główny bohater „Zagubionej autostrady” Davida Lyncha, ale nie mam nic przeciwko fotografom koncertowym, sam sobie lubię na pamiątkę to i owo zarchiwizować. Ale jeśli fotografia koncertowa ma polegać na tym, że 30 osób wbija się do wąskiej fosy i tworzy żywy mur cielsk, stając na barierkach i chamsko zasłaniając całym sobą absolutnie WSZYSTKO, co dzieje się na scenie, to coś tu jest zdecydowanie nie tak. Ci, co mieli resztkę szacunku do publiki, przynajmniej reagowali na szturchanie i prośbę o posunięcie się – ale nie brakowało bydła (powiedziałbym dosadniej, ale już zostanę przy zasłyszanym pod sceną określeniu), które stało jak kołki i nie reagowało na nic, skupione tylko na swojej stronie obiektywu. Współczuję zwłaszcza publice drobniejszej postury – trzeciego dnia, o dziwo, gwiazdy Sceny Leśnej miały już zakaz fotografowania. Szkoda, że nie na odwrót. W kontekście tego, czego doświadczyłem drugiego dnia na Scenie Leśnej, mogę tylko przybić piątkę z liderem Sun Kil Moon, który od razu kazał wszystkim fotografom po prostu wypierdalać.

6. Co złego, to MasterCard

I w ten sposób płynnie przejdźmy do drugiego największego mankamentu tegorocznego Off Festivalu. Już nawet nie chodzi mi o ograniczenie jakichkolwiek płatności do kart MasterCard i wkurzająco niepodzielnych bonów. Wiadomo, to już festiwalowy standard (nie żeby to był jakikolwiek argument pozbawiający taki stan rzeczy absurdalnej upierdliwości). Problemem była cała tzw. „Strefa MasterCard”, która generalnie powstała chyba z myślą o ludziach, którzy trafili na ten festiwal niejako przez przypadek i chcieli tylko spędzić trochę czasu przy niezobowiązującej, jak najprostszej rozrywce – w tym przypadku potańcówy na łasce tego czy innego DJ-a. I spoko, niech im parkiet lekkim będzie, tylko czemu muszą to robić tak głośno, żeby ciągle zagłuszać występy na Scenie Leśnej? To naprawdę nie pomaga wczuć się w klimat kameralnego „Sycamore Trees”, gdy z oddali słyszysz echa „Always on My Mind” Pet Shop Boysów. W takiej sytuacji żałuję, że nie było też jakiejś osobnej sceny, gdzie przez trzy dni non-stop leciałoby „buczenie” Sunn O))).

5. Najlepsze koncerty to te metalowe

IMG_20150808_221730Wszelkie frustracje i niesmak, którymi napawały powyższe sytuacje, można było na szczęście rozładować na występie The Dillinger Escape Plan. Tutaj krótka piłka, bo wiadomo było od początku, czego się spodziewać. Jeśli ktoś nieopatrznie wbił się między gości w koszulkach zespołu przy samych barierkach, to pewnie do dziś liże rany. Przekonało się o tym kilka dziewczyn, które od razu uciekły od barierek w ciągu pierwszych dwóch utworów. Nie od dziś jednak wiadomo, że nie ma drugiej takiej zabawy jak totalna miazga i młyn pod sceną w rytm przysłowiowego „pierdolnięcia”. I w tej kwestii się nie zawiodłem, Dillingerzy nadwyrężyli mi żebra i zdarli gardło, choć uczciwie przyznaję, że nie dałem rady przy barierkach do mojego ulubionego „Unretrofied”.

IMG_20150809_184624Pozwolę sobie tutaj jednak jeszcze na małą dygresję: brakowało mi więcej takiej młócy. Wszakże inteligentnego, pomysłowego podejścia do metalu na dzisiejszych scenach nie brakuje i na pewno byłoby co zapraszać. Tymczasem obok Dillingerów wyskakałem się jeszcze tylko uczciwie na rodzimym Decapitated. Panowie to dziś absolutna czołówka naszych metalowych towarów eksportowych (ostatnia płyta dotarła do 5. miejsca amerykańskiego Billboard Heatseekers Albums), po ich koncercie trzeciego dnia na Leśnej nikt nie miał wątpliwości, że w pełni sobie na to zasłużyli.

4. Hip-hop jest niedoceniany

Skoro już przy dywersyfikacji gatunkowej jesteśmy, przyznam się też, że nie spodziewałem się, iż tak dobrze będę się bawił na koncertach… hip-hopowych. Których było w tym roku wcale niemało. Drugiego dnia na Scenie Głównej imprezę nakręcał Makonnen Sheran, znany szerzej jako ILoveMakonnen, a dla owej szerszej publiki odkryty przez Drake’a. Trzeciego dnia – wiadomo, headliner w postaci Run the Jewels rozpętał wcale niewiele gorsze szaleństwo od The Dillinger Escape Plan. Ale jak tu nie dać się porwać takim numerom jak „Oh My Darling Don’t Cry”, „Blockbuster Night Part 1” czy „Close Your Eyes (And Count To Fuck)”. Z kolei rodzime klimaty reprezentował m.in. Ten Typ Mes ze swoim – nietypowym jak na hip-hop – żywym instrumentarium oraz Małe Miasta, które z przymrużeniem oka łączą autotune’ową zabawę i witch house’owe pogłosy.

IMG_20150810_002712 IMG_20150809_153511 IMG_20150807_202535

3. Na mniejszych scenach też jest fajnie

Do tej pory skupiłem się na większych scenach i headlinerach, nie znaczy to jednak wcale, że nie wędrowałem po Scenie Eksperymentalnej i Scenie Trójki. Ta pierwsza kupiła mnie już pierwszego dnia Golden Teacher (na Nagrobki się niestety spóźniłem i nie dostałem śpiewnika…), którzy wcale nieźle próbowali wskrzesić rave’owo-eurodance’owy klimat lat dziewięćdziesiątych. Drugiego dnia z kolei zostałem tam przeniesiony jeszcze sześćdziesiąt lat wstecz za sprawą Hańby!. Punkowcy buntujący się przeciwko rządom sanacji, z tubą i akordeonem, a do tego tekstami Tuwima – jestem na tak. Jeszcze dalej w przeszłość cofnęli mnie tuwińscy mnisi z Huun-Huur-Tu. Ich doprawdy egzotyczne instrumentarium robiło spore wrażenie, ale to nic w porównaniu do tego, co wydobywali z własnych gardeł. Cudowny klimat – gdyby tylko nie ten potworny skwar, który na Scenie Eksperymentalnej dawał się najmocniej we znaki…

IMG_20150807_180400 IMG_20150808_170936 IMG_20150808_185946 IMG_20150809_161403

Z kolei Sceną Trójki, jak nietrudno się domyślić, rządziła scena polska. Hardcore’owy Hidden World, pomysłowy performer Kinsky, czy ujmujące żeńskie głosy Enchanted Hunters, Coals i Sonii Piszącej Piosenki. Największe wrażenie zrobił jednak na mnie Władysław Komendarek, który kolejny raz tylko potwierdził, że jest jakimś zafiksowanym robotem z innej planety. Jego ubiór, starannie przemyślane wizualizacje, syntezatorowa sieka, przechodząca co chwilę w łzawe melodie i autentycznie chwytające za serce wokalizy… Nie wiem, co o tym myśleć, ale zostanie to w mojej głowie na dłużej.

2. …a czasem nawet fajniej niż na dużych

I jeszcze na chwilę powrót do hip-hopu. Podczas gdy pierwszego dnia Songhoy Blues porywali publikę pod Sceną Główną do tańca swoim mega pozytywnym graniem (swoją drogą było w tym ich graniu coś głęboko niepokojącego – chwilami miałem wrażenie, że zacięli się pod wpływem jakiegoś voodoo), zaryzykowałem alternatywę w postaci Young Fathers grających na Trójce – i to był z kolei najskoczniejszy koncert, jaki przeżyłem dnia pierwszego. Trójka z Edynburga rozpętała taki młyn, że cały namiot – nomen omen – Trójki skakał, darł się i tańczył ile wlezie. Kogo nie było – shame on youuu.

1. OFF jest wciąż niepowtarzalny

W tym miejscu powinienem napisać, jak fajnie było usłyszeć „Horses” Patti Smith na żywo w nieprzeniknionym tłumie pod Sceną Główną, który zebrał 99% publiki (przyznać się, kto w tym czasie nie chciał zmieniać świata i był na Girl Band w Trójce?). Mógłbym zacytować zasłyszane przed koncertem Ride słowa „fajną gwiazdę odkopali, nie? zamiast zapraszać jakiegoś syfa”. Ale to takie oczywistości – a OFF Festival, jak zawsze mi się wydawało, wcale nie żyje headlinerami. Najciekawsze są niespodzianki i nowe odkrycia, których się nigdzie nie spodziewamy. Jak charyzmatyczni Algiers i szalone Iceage, na których wspomnienie już mi zabrakło numerków. Pomijając niesmak z fotografami, to była całkiem udana edycja.

IMG_20150809_232533

OFF Festival wciąż pozostaje niepowtarzalny i zgodnie ze swoją nazwą – OFF-owy. Tu nie kupimy burgera z colą i frytkami, tylko cieciorex z yerbatą. W przerwach między koncertami zaopatrzymy się u najbardziej niszowych labeli w trudno dostępne płyty i winyle (nawet mnie nie pytajcie, ile tym razem na nie przepuściłem). A sam klimat, jaki tam panuje, najlepiej opisze moja pożegnalna historyjka. Opuszczając teren festiwalu w poniedziałek koło czwartej nad ranem, zaintonowałem jeszcze pożegnalnie – ku pamięci poprzedniej edycji – słynne „tÿtÿtÿtÿdÿtÿtÿtÿ„. Nie czekałem chwili, jak z oddali odpowiedziano mi „tÿdÿtÿtÿtÿdÿtÿtÿtÿ”.

PS Jeśli chcecie więcej kiepskich fot z Instagrama, założyłem się, że cyknę zdjęcie na każdym występie, na który trafię. Prawie się udało – zapraszam.

PS 2 A jeśli chcecie ładniejsze, to najlepsze znajdziecie tradycyjnie u Radka Zawadzkiego. Jak na profesjonalistę przystało, ma własną drabinkę i się nikomu nie wtryniał na barierkę przed nos.

The following two tabs change content below.

rajmund

Lokalny Ojciec Dyrektor, gramatyczny nazista, ejtisowy cyborg, wcale nie hipster. Jarają go szczególnie cyberpunki, rudości, macki, ejtisy i szeroko pojęta elektronika. Bez muzyki umiera, w ciszy wariuje, a jak jeszcze w pobliżu nie ma wi-fi...

6 komentarzy do "10 prawd objawionych przez 10. edycję OFF Festival"Dodaj swój →

  1. zenada. ‚Ci, co mieli resztkę szacunku do publiki, przynajmniej reagowali na szturchanie i prośbę o posunięcie się – ale nie brakowało bydła (powiedziałbym dosadniej, ale już zostanę przy zasłyszanym pod sceną określeniu), które stało jak kołki i nie reagowało na nic, skupione tylko na swojej stronie obiektywu’ moze skupione, bo byli w pracy, a nie w przeciwienstwie do Ciebie na imprezie?

    1. Skoro to ich praca, to powinni się do niej należycie przygotować – np. kupując sobie drabinki. A nie psuć zabawę ludziom, którzy w odróżnieniu od nich wydali na nią spore pieniądze.

  2. Ja byłam na Girl Bandzie i nie żałuję, dali genialny koncert dla tej garstki ludzi zebranej w trójkowym namiocie. Ale załapałam się też na końcówkę Patti i muszę przyznać, że atmosfera była tam magiczna.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *