NOT – NOT

Pamiętam jak dziś, gdy siedem lat temu ukazywała się ta płyta. Dopadł mnie gdzieś teledysk do „To taka gra” i momentalnie uświadomiłem sobie, że skądś znam ten głos. NOT – mityczny projekt, zrzeszający muzyków moich ówcześnie ulubionych polskich zespołów, którego pierwszej płyty, „Bad Trip Boys”, za cholerę nigdzie nie mogłem dostać, bo wydała ją jakaś mała niemiecka wytwórnia. Dobrze, że jeszcze w tym samym roku wznowili ją na polskim rynku, dołączając do tego EP-kę z remiksami. NOT, czyli Robert Tuta z Agressivy 69, Kuba Wandachowicz i Marcin Kowalski z Cool Kids of Death oraz Łukasz Klaus (wówczas) z Hedone. Powiem krótko: gdy kupiłem tę płytę zaraz po marcowej premierze, praktycznie całą wiosnę nie słuchałem niczego innego. Gdy tylko kończył się „Sen”, wracałem do „Zmienię adres, zmienię imię” i tak w kółko…

To jeden z TYCH albumów.

Przede wszystkim dlatego, że to zbiór od razu wpadających w ucho, przesympatycznych piosenek, których nawet nie trzeba nazywać „utworami”. To w pierwszej kolejności po prostu dobre piosenki. Panowie powoływali się w materiałach promocyjnych na inspiracje Einstürzende Neubauten, Swans, Bauhausem i czymś tam jeszcze. Nie za bardzo to tutaj słyszę, ale rozumiem, że miało to służyć zwróceniu uwagi konkretnego grona odbiorców. Prędzej jestem skłonny zgodzić się z nawiązaniami do Soft Cell, a jeszcze bardziej: solowego Marca Almonda.

Rzeczywiście, NOT czasem zbliża się do takiego awangardowego kabaretu: czy to za sprawą tekstu („Szalony Piotruś”), czy też oryginalnej wokalizy („Spadasz na dno”). Sam jednak szukałbym porównań na polskim podwórku. „Zmienię adres, zmienię imię” czy „Jesień” przywołują na myśl dokonania Agressivy 69 z okresu płyt „Agressiva 69” / „In”. Najbardziej przebojowe „To taka gra”, „Ja dziękuję” i „Spadasz na dno” mogłyby być hiciorami Cool Kids of Death, gdyby nie wpisana w estetykę tego zespołu tendencja do psucia każdego utworu o choćby znamionach melodyjności (dopiero przy trzeciej płycie zaczęli coś tam przepuszczać). Z kolei „Szalony Piotruś” to bardowski storytelling na miarę klasycznego Maleńczuka, zaś „Sado-Maso” uderza w rejony Republiki.

Zróżnicowanie spore, ale cała kolekcja tych słodkości pozostaje przy tym niesamowicie spójna.

Jeśli ktoś już chciał uciekać od NOT-u, bo wyciągnąłem analogie z Cool Kids of Death, a ten jedyny polski przedstawiciel tzw. „new rock revolution” (czy tam „garage rock revival”, zależnie od tego, które brytyjskie szmatławce gnietliście w Empikach) kojarzy mu się tylko z pretensjonalnymi tekstami o butelkach i kamieniach, ozdobionymi buńczucznym hałasem, to podkreślę raz jeszcze: tak, gitara Kowalskiego brzmi dość charakterystycznie i ciężko przed tym uciec, ale ta płyta nie ma nic wspólnego z twórczością „Kulek”. Jeśli mamy tu do czynienia z jakimkolwiek manifestem, to wyłącznie przywiązania do Łodzi. Świadczy o tym utwór zatytułowany „Łódź”, zawierający ekspresyjną wyliczankę łódzkich ulic, uzupełnioną o złowrogi refren wasze kamienice, nasze ulice (tak, dobrze kojarzycie, kiedyś pisali na murach odwrotnie).

Reszta tekstów, mimo że Wandachowicza, to mówi o przewrotnych refleksjach nad życiem:

Życie jest złe i ja jestem zły
Lecz niestety jestem nadal nieżyciowy
Miłość jest snem i ty mi się śnisz
Ale jestem obudzony do połowy

Jesiennych deprechach ( (c) Kury):

Znowu przyszła jesień, niby nie jest źle
Nic nie jest na tak, nic nie jest na nie
Na ważniejsze sprawy nie wystarcza sił
(…)
Jesienią się częściej załamuje głos

A ukoronowanie tego wszystkiego stanowi tekst najpiękniejszego na płycie, elektroniczno-fortepianowego „Snu”:

A kiedy znów przyjdzie wiosna i przestaniemy się bić
Uda się nam życiu sprostać, nie robiąc nic
I taki sen wyśnię, że gwiazda znów zabłyśnie

Teksty w prosty sposób mówią o dręczących dużą część z nas frustracjach.

Nie brakuje w nich ironii i celnych puent, a także specyficznego humoru („Ja dziękuję”, ale przede wszystkim cały „Szalony Piotruś”). To kolejny aspekt zbliżający drugi krążek NOT-u do twórczości Marca Almonda. Jednocześnie to jedna z naprawdę niewielu polskich płyt ostatnich lat, przy której nie muszę przymykać uszu na słowa, traktujące co i rusz o jakichś pierdołach, polityce albo i nawet dotyczących mnie samego sprawach, lecz wyrażonych przy pomocy nieudolnych grafomanii. Najbardziej mi smutno z tego powodu, że płyta ta – prezentując naprawdę zgrabne teksty i jednocześnie nośne, przesympatyczne piosenki – przeszła praktycznie niezauważona na naszym rynku. Tu wciąż woli się promować coraz większą tandetę, ślepo kopiowane formaty z Zachodu, które mają się nijak do naszych realiów, czy sztuczne gwiazdki kreowane przez gnijący świat telewizji.

Mam tu na myśli przede wszystkim właśnie massmedia, bo nie oszukujmy się: może troszkę awangardowy, ale propozycja NOT-u to mimo wszystko wciąż pop. Gdyby w polskich radiach grało się taką właśnie muzykę, to może od czasu do czasu chciałbym je jeszcze włączać. Ze swojego sfrustrowanego dissu mogę zwolnić tylko Trójkę (ale chyba już i nie tę obecną), która miała zresztą nad opisywanym tu dziełem patronat i nawet zorganizowała zespołowi koncert w swoim studiu im. Agnieszki Osieckiej (spóźnione o siedem lat pozdrowienia dla pani z – nomen omen – jakiegoś innego radia, na której wejściówkę tam wchodziłem). No to czemu media nie mogły katować, dajmy na to, „Miasta”? Przecież był nawet zrealizowany całkiem efektowny teledysk zmontowany ze scen z filmu „Aleja gówniarzy”, a sama piosenka brzmi jak wariacja na temat „Statków na niebie” De Mono.

I don’t get it.

Nie byłbym sobą, gdybym oprócz chwytliwych melodii i urzekających tekstów nie wspomniał o smakowitej produkcji, za którą odpowiedzialny jest tu znany z formacji Őszibarack Agim Dżeljilji. Kolejny raz udowodnił tylko, że jest jednym z najlepszych specjalistów od kręcenia gałkami w tym kraju. Poradził sobie z tak nietypowym instrumentarium, jak akordeon, kontrabas, saksofon czy theremin – wszystkie obecne na drugiej płycie NOT-u.

Wróciłem do tej płyty na potrzeby tego tekstu po wielu latach przerwy. Słucha się jej dalej tak samo znakomicie, choć raczej nie będę jej już katował bez przerwy przez następne trzy miesiące (bo i w ogóle coraz rzadziej tak robię). Niepokoi mnie tylko jedno: minęło już siedem lat, a ta pozycja wciąż zamyka dyskografię NOT-u. Ale w Facebooku jest nadzieja. Także odpalajcie Spotify i bez pitolenia mi tu, że nie ma w Polsce dobrej muzyki z komercyjnym potencjałem.

Do NOT-u przekonywałem już w 2007 roku na stronie Cthulhu’s Lair, ale zważając na formę tamtych tekstów, nie dziwię się, że do nikogo to nie trafiało.

The following two tabs change content below.

rajmund

Lokalny Ojciec Dyrektor, gramatyczny nazista, ejtisowy cyborg, wcale nie hipster. Jarają go szczególnie cyberpunki, rudości, macki, ejtisy i szeroko pojęta elektronika. Bez muzyki umiera, w ciszy wariuje, a jak jeszcze w pobliżu nie ma wi-fi...

3 komentarzy do "NOT – NOT"Dodaj swój →

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *