Noise Unit – Voyeur

Lato – ta pora roku, kiedy dochodzi do nietypowego eventu. Co roku Diablo wymyka się z Kamienia Dusz i przyjmuje postać… Słońca. Stąd też ten skwar, nie dający żyć i normalnie myśleć. No ale nie o tym miałem pisać. Zwłaszcza, że dawno nic nie pisałem i kilka osób się już z tegoż powodu zaczęło – nomen omen – pieklić.

Anyway! Wiadomo, że podczas upałów najprzyjemniej słucha się czegoś lekkiego, niewymagającego i najlepiej chłodnego. Dlatego też latem wracam sobie do płyty jednego z kilku projektów Billa Leeba, który na co dzień siedzi za sterami swojego głównego mecha (ot, takie nawiązanie do AirMecha, do którego FLA zrobiło soundtrack w 2012 roku), jakim jest Front Line Assembly. Noise Unit narodziło się w 1989 roku z połączenia sił Leeba i Marca Verhaeghena z Klinik. O ile debiutanckie „Grinding Into Emptiness” było dość zróżnicowane pod względem autorów pomysłów, tak już na następnych albumach można było dostrzec, kto tu rządzi. Prawda jest taka, że te następne krążki mogły by być równie dobrze podpisane jako Front Line Assembly. Niemniej myślę, że nie ma sensu się rozwodzić aktualnie nad przekrojem całej dyskografii (maybe someday), więc przechodzimy do tematu głównego.

„Voyeur” zostało wydane w 2005 roku. Tak samo jak w przypadku Delerium czy FLA, Leeb wraz z „zastępstwem” Rhysa Fulbera, Chrisem Petersonem, postanowił zmienić oblicze swoich projektów. I tak oto dostajemy futurystyczny, atmosferyczny i lekko ambientowy (a może nawet psybientowy?) album – czyli taka alternatywa dla „Civilization” FLA. Album zaczyna się od najdłuższego kawałka, jakim jest „Illicit Dreams”, który idealnie nadaje się na rozbudzenie. Spokojny ambient? Jest. Budowanie napięcia? Jest. Spam syntezatorów? Jest. Szepczący wokal Leeba? Szepczący wokal, lolwut? Ok, jest. Czego więc chcieć więcej od openera? Następnie pojawia się „Seclusion”, które po pierwszych dźwiękach przywodzi nam na myśl wspomniane wcześniej Delerium. Nie, wokalistek tu nie uświadczymy (na szczęście?), więc będziemy mogli rozkoszować się zniekształconym mechanicznym pogłosem wokalu Leeba. Ślamazarny ambientowy pejzaż z miłym beatem – w alternatywnym/futurystycznym świecie: murowany hit lata (nawet mimo tekstu, nie należącego do zbyt pozytywnych).

I’m living, living
alone again
I’m living, living
the ultimate lie

“Surveillance” to kolejny dość długi utwór. I kolejny, przy którym można zauważyć schemat tego albumu: ambientowy wstęp, dodatkowe beaty i efekty wchodzące dopiero gdzieś w połowie. Mimo przewidywalności ma to swój urok, zwłaszcza w przypadku instrumentali. Niemniej można w nim dostrzec lekkie podobieństwa do starszego o roczek utworu „Dissident” z „Civilization”. Po tej długiej przerwie wchodzi nam dość interesujący beat, przypominający trochę „Backwards” Coila. Owszem, też będziemy tu mieli dość monotonny tekst i swego rodzaju „paranoję”.

„Paranoid” cechuje się mrokiem i uczuciem lekkiego niepokoju. Leeb przez większość część tekstu twierdzi, że nam „nie ufa” przez co można odnieść wrażenie, że wszystko w naszym futurystycznym świecie jest iluzją. Piękne połączenie ambientu z niesfornymi dźwiękami. Zwłaszcza że to wcale nie koniec. Promienie piekącego słońca mogą dać swój upust przy najbardziej agresywnym i Front Line’owym kawałku na tej płycie: „Liberation”. Poniekąd można by przyjąć, iż to był pierwszy utwór, zwiastujący prototypowe brzmienie przyszłego albumu FLA: wydanego rok później „Artificial Soldier”. Ot, taka mała teoria.

Niemniej przy „Strapdown” wracamy już do lżejszego brzmienia. Tłusty i pełzający przez cały utwór beat na tle nocnych ambientów futurystycznej knajpy w wielkiej metropolii. „Submerged” to dla odmiany odświeżona wersja ukrytego bonus tracka z Front Line’owego „Epitaph”. Dopiero w tej wersji pokazał swoje prawdziwe, można by rzec: psybientowe, oblicze. Nie wiem czemu zawsze jak wchodzi przytłumiony główny beat w drugiej połowie utworu, to mam w głowie obraz densujących w deszczu rudowłosych androidek. „Tighten Up” charakteryzuje się z kolei odgłosami jęczących i biegnących w deszczu androidów. Dość pozytywnie i leniwie brzmiący „Monolith” znów może przywodzić na myśl Delerium albo inny psybientowy projekt (np. Solar Fields). Dodatkowo jest jeszcze bonus track w postaci „Submission”, który jest pokazem umiejętności Petersona w szerzeniu chaosu.

Jak można zauważyć, „Voyeur” to płyta dość schematyczna (pierwsza połowa utworów ambientowa, druga przesycona beatami), ale hej! Chcieliśmy czegoś niewymagającego i lekkiego, to mamy! Owszem, na pełną lekkość nie pozwalają tu mechaniczne szmery i trzaski różnego kalibru, ale raczej każdy powinien znaleźć tu coś dla siebie. Dodatkowo jeśli ktoś miał ochotę na ambienty Leeba, ale pozbawione żeńskich wokali, to „Voyeur” jest idealnym wyborem.

The following two tabs change content below.
Wysłannik BadgerGoat'a, zabójca smoków, wielbiciel traktorów i innych bliżej nieokreślonych absurdów, poszukiwacz zaginionego kebabu. Uzależniony od muzyki, fanatyk nietypowych dźwięków. Ma chyba ze 100 gier na stimie, zna ponad 1000 zespołów. Live long and badger.

4 komentarzy do "Noise Unit – Voyeur"Dodaj swój →

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *