Nine Inch Nails – Bad Witch

Trent Reznor wreszcie zwieńczył swoją EP-kową trylogię, upierając się, że najnowsze wydawnictwo to pełnowymiarowy album. Jak wypada finał tego cyklu na tle swoich poprzedników?

Chyba większość z nas została wzięta totalnie z zaskoczenia przez wydane pod koniec 2016 roku „Not the Actual Events”. Nie chodzi nawet o niespodziewaną premierę poprzedzoną rozpalającym wyobraźnię singlem „Burning Bright (Field on Fire)”, ale właśnie o zawartość krążka. Powróciły na nim szalone klimaty, których po Nine Inch Nails już raczej nikt nie oczekiwał. Najlepszym ich przedstawicielem był ponury „She’s Gone Away”, który powstał – jak później się okazało – na potrzeby wywracającego mózg na drugą stronę, trzeciego sezonu serialu „Twin Peaks”.

Niestety, druga część zapowiedzianej trylogii nie spełniła rozdmuchanych oczekiwań. Trent Reznor i Atticus Ross – od niedawna oficjalny muzyk NIN – wrócili do swojej strefy komfortu i zaprezentowali na „Add Violence” przede wszystkim nierówną kolekcję mdłych ballad, tylko raz trafiając przy tym w sedno (mam tu na myśli piękne „The Background World” – i wcale nie chodzi mi tylko o noise’ową końcówkę). Cieszyłem się, że panowie nie spieszą się z kontynuacją swojego cyklu. Wydłużony czas oczekiwania odbierałem wręcz za dobrą kartę – może następnym razem bardziej przemyślą, dokąd to wszystko ma zmierzać.

Bo warto przypomnieć, że obie EP-ki wyraźnie odwoływały się do motywów poruszanych przez Nine Inch Nails w przeszłości. Szczególnie wyraźnie robiło to „Add Violence”, bezpośrednio wikłając się w sieć ARG rozpiętą na potrzeby „Year Zero”. Jaki był tego cel? Nie wiemy do dziś, ale bardzo podoba mi się droga obrana przez Trenta. Zamiast jednoznacznie rozwiązywać tajemnicę, podrzuca fanom kolejne ślepe tropy i wcale nie zamierza niczego zdradzać. Dzięki temu interpretacji tych EP-ek jest już w internecie bez liku.

I mogę sobie tylko wyobrażać, ile ich przybędzie po premierze „Bad Witch”.

Czy „Not the Actual Events” to alternatywna wersja historii Nine Inch Nails, w której Trent Reznor nigdy nie wyszedł z czarnej chaty narkotyków, a jego zespół nazywa się The Nine Inch Nails? Czy „Add Violence” to część symulacji powiązanej z „Year Zero”? Czy „Bad Witch” to materiał, którego Reznor nigdy nie nagrał z Bowiem za czasów „1. Outside” i wspólnej trasy Outside Tour? Prawdopodobnie nigdy nie poznamy odpowiedzi na te pytania – i bardzo dobrze. Będziemy mogli bawić się interpretacjami tych trzech EP-ek podobnie jak przy filmach Davida Lyncha.

Na końcu mojej recenzji „Add Violence” wyrażałem nadzieję, że po „The Background World” Trent i Atticus porzucą wszelkie ograniczenia i kolejny materiał będzie znacznie mniej zachowawczy. Posłuchali mnie. „Bad Witch” intryguje już na poziomie czarno-białej okładki (czy jeden z tych obrazków to kadr z klipu do „Head Like a Hole”?) i tytułu. Zła Czarownica to najprawdopodobniej odniesienie do Złej Czarownicy z Zachodu, która była głównym złym charakterem w „Czarnoksiężniku z Krainy Oz”. To przecież pasowałoby jak ulał do teorii o symulacjach i sterowaniu światem zza kotary.

Reznor sam przyznaje, że o ile na wcześniejszych EP-kach rozpatrywał symulacje czy iluzje, tak na „Bad Witch” dochodzi do pesymistycznego wniosku, że ludzkość mogła być po prostu przypadkiem. Sami jesteśmy odpowiedzialni za to, kim dziś jesteśmy i jaki świat sobie stworzyliśmy. Nie ma żadnego matriksa, jesteśmy tylko bakteriami w słoiku. W wywiadach chętniej niż kiedykolwiek wcześniej wyraża rozczarowanie tym, w jakim kierunku poszedł rozwój social mediów. Jeśli chodzi o USA, otwarcie mówi o upadku amerykańskiego imperium pod rządami Donalda Trumpa. To słychać w „Shit Mirror” (New world, new times / Mutation feels all right) czy „Ahead Of Ourselves”, gdzie Trent zdaje się być rozczarowany całą zwierzęcą naturą człowieka:

Created us in his image
Better be proud of his work

(…)

Not quite as clever as we think we are
Knuckle dragging animal
When we could have done anything
We wound up building this we deserve

Nie jest to jednak w żadnym wypadku poziom upolitycznienia z okresu „Year Zero”.

Pod względem formalnym „Bad Witch” przypomina nieco „The Slip”. Tutaj też materiał otwierają najostrzejsze kawałki. „Shit Mirror” to wręcz kontynuacja „Branches/Bones” z „Not the Actual Events”. Potem zaś dzieją się rzeczy dziwne – i dopiero wtedy „Bad Witch” uderza największą świeżością. Lider Nine Inch Nails na dobre odkurzył saksofon i nawet jeśli nie używa go z wirtuozerską precyzją, nadaje swoim kompozycjom zupełnie nowego charakteru. Weźmy singlowe „God Break Down The Door” – klimat lynchowego „Lost Highway” jest tu wyczuwalny na kilometr.

Nie chodzi nawet o sam saksofon, bo i połamany beat robi swoje i może budzić pewne skojarzenia z „The Perfect Drug”. Prawdziwa magia zaczyna się dziać jednak dopiero w instrumentalnym „Play The Goddamned Part”. Tu wyraźnie słychać, że duet Reznor / Ross przekuł wreszcie swoje soundtrackowe doświadczenia w nową jakość, zamiast powielać kolejny raz te same patenty. Gdyby id Software wynajęło ich do skomponowania ścieżki dźwiękowej do nowego Quake’a, prawdopodobnie brzmiałaby ona podobnie jak „I’m Not from This World”.

W kontekście „Bad Witch” musimy jeszcze porozmawiać o Davidzie Bowiem.

Nie da się tego uniknąć. Chwilę po premierze singlowego „God Break Down The Door” było jasne, że tym razem Trent wziął się za eksperymenty również na płaszczyźnie wokalnej. Od razu pojawiły się porównania do „Blackstar”. W zamykającym całość „Over and Out” brzmi, jakby faktycznie odkopał niewydany wcześniej utwór z lat 90. stworzony w duecie z Bowiem. A już sama konstrukcja albumu – podobnie jak było w przypadku „The Slip” – zdaje się nawiązywać do trylogii berlińskiej.

No właśnie, czemu albumu, a nie kolejnej EP-ki? „Bad Witch” trwa wszakże zaledwie pół godziny i daje nam tylko jeden utwór więcej niż poprzednie części. Gdyby ktoś miał wątpliwości, Trent wyjaśnił wprost: uparł się na nazywanie tego materiału albumem, aby wyskakiwał wyżej w serwisach streamingowych. Jeśli używacie na co dzień Spotify, to doskonale wiecie, co ma na myśli. I tyle, wielka tajemnica rozwiązana.

Wracając zaś do głównej tajemnicy „Bad Witch”, wiele światła na ten materiał rzuca poniższa wypowiedź:

(…) Teoria strun i fizyka kwantowa to jebane kuglarstwo. Nie wyewoluujemy nagle w transcendentalne istoty. To wolne żarty. Wiem, że dla niektórych ludzi taki finał nie będzie satysfakcjonujący. Nie tego pragnęli. Chcieli, żeby wszystko okazało się wirtualną rzeczywistością, a jest zupełnie na odwrót. To brud, popsuty procesor komputerowy, a wszystko, w co wierzysz, jest tak naprawdę gówno warte.

Myślę, że wielu fanów Nine Inch Nails – w tym niżej podpisany – uzna właśnie taki finał za najlepszy z możliwych.

The following two tabs change content below.

rajmund

Lokalny Ojciec Dyrektor, gramatyczny nazista, ejtisowy cyborg, wcale nie hipster. Jarają go szczególnie cyberpunki, rudości, macki, ejtisy i szeroko pojęta elektronika. Bez muzyki umiera, w ciszy wariuje, a jak jeszcze w pobliżu nie ma wi-fi...

Ostatnie wpisy rajmund (zobacz wszystkie)