Nick Cave & The Bad Seeds – Push the Sky Away

Po niezbyt udanym „Abattoir Blues / The Lyre of Orpheus”, po dwupłytowej odskoczni w postaci Grindermana i niezbyt różniącym się od jego dokonań albumie Bad Seeds w międzyczasie, Cave wreszcie zdaje się wracać do wysokiej formy. Chociaż okoliczności mogły zapowiadać co innego – odejście Blixy Bargelda nie wyszło zespołowi na dobre, a przecież po „Dig!!! Lazarus Dig!!!” Bad Seeds opuścił kolejny ze współzałożycieli, Mick Harvey. Zakładałem, że powstanie kolejny średniak, który zakręci się przez parę wieczorów w napędzie, a potem bez większych skrupułów wyleci z pamięci. Nic bardziej mylnego. „Push the Sky Away” to najlepszy krążek Cave’a od „No More Shall We Part”.

Upubliczniony jeszcze w grudniu zeszłego roku singiel „We No Who U R” zapowiadał, że… Będzie ładnie. Bo i taka jest większość tej płyty: utwory hipnotyzują, wchłaniają w swoją ponurą aurę. Czuć brak Harveya, czuć powtarzalność w kompozycjach, lecz bardziej jako przemyślany środek ekspresji niż wyraz braku pomysłów. „Jubilee Street” ciągnie się prawie siedem minut, ale rozkręcająca się aranżacja nie daje powodów do nudy. „Higgs Boson Blues” to trzy akordy grane przez osiem minut, ale w pełnym emocji, youngowskim wydaniu. Zwracają też uwagę chórki – co prawda to już nie Blixa, ale całkiem nieźle utrzymują klimat. Jak komuś klimat nie wystarcza, to ma takie perełki jak „Finishing Jubilee Street”, gdzie – znowu za sprawą chórków – robi się niepokojąco ciepło i sympatycznie oraz chyba najłatwiej przyswajalny w tym zestawie „Mermaids”. To tutaj najbardziej wyrazista piosenka, no i właśnie: piosenka. Nick śpiewa, zamiast melodeklamować, a nawet sprezentował nam wyrazisty refren.

Bo niestety w pozostałych utworach zostaje wyłapywanie aranżacyjnych niuansów jak niepokojące, chaotyczne skrzypce w „Water’s Edge” czy złowieszczy bas, buczący w tle przez całe „We Real Cool”. Rozumiem narzekania, że kompozycje się nie rozwijają, że kawałki są zbyt podobne do siebie, że jest cicho, spokojnie i jednostajnie. Wystarczy jednak parę razy przesłuchać tę płytę, by dać się wciągnąć w jej atmosferę i przyzwyczaić do takiego transowego stanu rzeczy. Jeśli jednak nawet to nie pomoże, zawsze pozostaje tytułowy kawałek, którego omówienie specjalnie zostawiłem na koniec. Bo wobec tych pogrzebowych organów, wzbogaconych ozdobnikami tu i tam, i złowrogiego wokalu Australijczyka ciężko pozostać obojętnym. To jedna z najpiękniejszych kompozycji Cave’a od lat. W sam raz na zakończenie płyty, recenzji, a może nawet czyjegoś żywota.

„Push the Sky Away” to przemyślana i spójna całość, w której wszystko do siebie pasuje: począwszy od okładki, do której pozowała Susie Bick (prywatnie żona Cave’a), przez googlowane teksty (w których znalazło się miejsce dla fizyki kwantowej, internetowych skrótowców i Hanny Montany), aż po – oczywiście – samą muzykę. Co jeszcze Nick Cave może zrobić po takiej płycie? Nie zdziwię się, jeśli okaże się, że wespnie się jeszcze wyżej. W końcu w tytułowym utworze śpiewa:

And if you’re feeling
You’ve got everything you came for
If you got everything
And you don’t want no more

You’ve got to just
Keep on pushing
Keep on pushing
Push the sky away

The following two tabs change content below.

rajmund

Lokalny Ojciec Dyrektor, gramatyczny nazista, ejtisowy cyborg, wcale nie hipster. Jarają go szczególnie cyberpunki, rudości, macki, ejtisy i szeroko pojęta elektronika. Bez muzyki umiera, w ciszy wariuje, a jak jeszcze w pobliżu nie ma wi-fi...

Ostatnie wpisy rajmund (zobacz wszystkie)

3 komentarzy do "Nick Cave & The Bad Seeds – Push the Sky Away"Dodaj swój →

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *