Mychael Danna – Transcendence OST

Johnny Depp jest znany jako człowiek o czterdziestu dwóch twarzach. Pijący z fontanny młodości u Tima Burtona, bez problemu wciela się w coraz to nowe filmowe kreacje. Z wiekiem ani trochę nie traci na przystojności – a wręcz zyskuje. Tym razem podjął wyzwanie zmierzenia się z będącym na fali transhumanizmem w filmie Wally’ego Pfistera „Transcendencja”. Każdy przez to przechodzi, prędzej czy później.

Wciąż nie wiem, jak poszło Deppowi z cybernetycznym wcieleniem. Tutaj pojawił się mały zonk: słuchanie muzyki do filmu, którego jeszcze nie widzieliście, to trochę jak spoilerowanie sobie zapowiedzią. Wszystko zaczęło się od tego, że przy linku do płyty widniało okrągłe, jaśniejące „10/10”. Co innego pozostaje, niż pokonać strach i odkryć nowe krajobrazy muzyczne? Czym prędzej dzielnie zabrałam się do zapoznania z dźwiękami, przy których Johnny Depp walczył o swoje człowieczeństwo.

Kompozytor to nowa twarz. Mychael Danna, skąd się urwałeś? W mojej podróży przez kaniony muzyki filmowej jeszcze ciebie nie widziałam. Szybkie zerknięcie na dorobek niewiele pomaga, filmów okraszonych jego muzyką obejrzałam sztuk dokładnie jeden, na dodatek był to nie zapadły mi pozytywnie w pamięć, cienki „Parnassus”. Lecz za starzy już jesteśmy na uprzedzenia, otwieramy wrota, zapraszamy dźwięki do płynięcia przez wysłużone, bitewne Kossy. Allons-y!

Wysłuchanie tej płyty bez zerkania (w miarę możliwości) na tytuły utworów dało zaskakujące rezultaty. Coś jak głębokie czytanie ze zrozumieniem, kiedy się doszukujemy wielu warstw tego, co czytamy. Tutaj – uważne wsłuchiwanie się w to, co powiedzą mi dźwięki, jaki obraz namalują. I muszę przyznać, że mimo iż nie znam szczegółów filmu (tylko jeden trailer, na który jestem bardzo zła, że zdradził mi fabułę), melodie rysują się jako dobrze przemyślane i nieprzypadkowe. Nie wiem, ile czasu Danna spędził nad dopracowywaniem tych utworów, ale mam wrażenie absolutnego dopieszczenia muzycznego. Tu pianinko, tam zmodulowany syntezator, nawet tybetańskie misy! Nie szczędził chłopak ozdobników. I dobrze, bo dźwięki są niebanalne, z bogatej palety kolorystycznej. Nie ma tu li jedynie orkiestrowego zanudzenia jak u Hansa Zimmera, od którego słuchania chce się uciekać do pustelni i łagodzić swoje uszy wyciem wiatru w szczelinach chaty. Nie. Mychael Danna wie, co robi. Wie, co to znaczy zróżnicowana melodia, aranżacja, wie, jak stworzyć dźwięk, który jest przestrzennym krajobrazem. Który mówi sam za siebie.

Mamy tu płynne przechodzenie od wątku do wątku, przeplatane cudownie bogatymi wstawkami innych instrumentów. Czuć, że jest to podkład pod coś cybernetycznego, a niektóre przeszywające nuty wręcz wołają o określenie ich technomistycznymi. Danna odwalił kawał dobrej roboty, jak artysta pracujący nad każdym pociągnięciem pędzla hołubionego dzieła. Ba, „Transcendencja” transcendnęła normalną muzykę dla plebsu i jest czymś, czego dokładnie oczekuję od płyty, która mnie porwie. Ale porwie w ciszy, w takim niemym zachwycie. Bo za to kocham soundtracki – nie ograniczają się do jednego gatunku. Opowiadają historię, a ta miewa różne rozdziały.

Ponoć wszystko już zostało stworzone i teraz jedynie odcinamy kupony z kolektywnej kreatywności. Nie znaczy to jednak, że nie da się stworzyć dzieła oryginalnego i pięknego. Owszem, muzyka do „Transcendencji” przywodzi mi na myśl płyty, które już słyszałam: jest łagodny James Horner w skrzypcach, jest dynamicznie niczym z pościgów w „Incepcji”, jest tajemniczo i mrocznie jak w podobnym klimatycznie anime „Stein;s Gate”, przebija się też postapokaliptyczny i mega smutny „Atlas Chmur”. Gdzieniegdzie plącze się nawet ogród chórków Galadrieli i te bezkresne przestrzenie Nowej Zelandii. Czy to źle? Absolutnie nie. Transcendetnie pięknie.

Pokazuj swoje inspiracje umiejętnie, a fani się popłaczą z zachwytu. All those moments will be lost in time like tears in rain. Kawałek spokojny, wyważony i, tak, smutny. Geniuszem są tu dźwięki pianina – pojawiają się niczym kapiące krople deszczu i wydaje się, że już bardziej ze smutkiem nie możemy się pogodzić. Pianino zabrzmiewa także pod koniec utworu, ale tym razem dotyka znużonych barków delikatnie. To jeszcze nie tęcza, ale zza chmur wyglądają promienie słońca. Zakończenie jest mocne, basowe, jak lądujący krążownik, który przypomina, że ten soundtrack w rzeczy samej brzmi klimatami cyberpunkowymi.

Kompozycję całego albumu oceniam na bardzo dobrą. Motywy dynamiczne przeplatają się ze spokojniejszymi jak kroki dobrze dobranych partnerów w tańcu, a temat główny da się usłyszeć w różnej aranżacji w paru miejscach – jak łączącą wszystko czerwona nić przeznaczenia. Pierwsza część to rozgrzewka, w drugiej dzieje się więcej. Sam motyw końcowy broni się brakiem kiczu i autentyczną emocją. Pamiętacie, że nie patrzyłam na tytuły utworów? Podczas wczuwania się w ostatnią piosenkę zabrzmiało mi tam organiką, zielenią. Kiedy uległam i sprawdziłam dla potrzeb nauki i tej recenzji wszystkie tytuły okazało się, że ten ostatni utwór jest zatytułowany… „Garden”. Brawo, Mychael.

Potwierdzam – soundtrack arcywspaniały. Nieco krótki, ale z tym zdrowym niedosytem promowanym przez filozofie wschodnie. Najeść się, ale tak, by nie przejeść. Tęsknić do więcej. Mychael Danna zyskał nową, uradowaną fankę, której Kossy niecierpliwią się przed przepuszczeniem przez swoje kabelki kolejnych jego dokonań. Proszę państwa, „Transcendencja” otrzymuje 9,5/10 (bo momentami zbyt spokojnie). Ale i tak jest wspaniale. Niezwykle przyjemny soundtrack, muzyka broni się i bez filmu. Perełka do wielokrotnego słuchania.

The following two tabs change content below.

Pyrrhocorax

NGC 6543.

Ostatnie wpisy Pyrrhocorax (zobacz wszystkie)

1 komentarz do "Mychael Danna – Transcendence OST"Dodaj swój →

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *