Marilyn Manson – The Pale Emperor

Nie przejmuj się, Maniek, nie musisz nic mówić. Ja wiem, jak było, jestem w stanie się tego wszystkiego domyślić, nawet na swój sposób cię może rozumiem. Miałeś w końcu całkiem dobry pomysł na siebie, od początku byłeś nonkonformistą, szedłeś pod prąd. Nawet jak ta szmata, Reznor, zrobiła cię w wała z Lynchem… Ja wiem, ja ci wierzę! W końcu czytałem „Trudną drogę z piekła” i to drugie też. Trzeba było się gnoja pozbyć, no i przecież dopiero wtedy im naprawdę pokazałeś!

Ja to wiesz, nigdy żadnym twoim wyznawcą nie byłem, no sorry. Nie wiem, może właśnie dlatego, że się w tym wszystkim łapałem zbyt dobrze. Bo ty żeś to tak cwanie obmyślił – tutaj pastisz, tu Bowie, tam krzywe zwierciadło dla amerykańskiego społeczeństwa. Lekcje z marketingu i show businessu odrobiłeś na piątkę z plusem i tylko zebrałeś potem, co ci się należało. W końcu najlepszą reklamą jest kontrowersja, seks sprzedaje, a ty jeszcze do tego odwalałeś kawał naprawdę porządnej muzyki. Nie byłeś nigdy żadnym innowatorem, bogiem rocka, ale śpiewałeś to, co chcieli śpiewać – WRZESZCZEĆ – wszyscy. Byłeś takim Howardem Bealem, którego w pierwszej chwili chcieli wszędzie blokować i cenzurować, ale w pewnym momencie zdali sobie sprawę, że pół narodu krzyczy razem z tobą „I’m as mad as hell, and I’m not going to take this anymore!”. Zrobiłeś to „Mechanical Animals” (mój szacun dozgonny), zrobiłeś „Holy Wood” – ludzie cię kupili i zostałeś ich telewizyjnym mesjaszem. Ale kurczę, no, miałeś talent do tego. Przecież te twoje gry słowne, satyry, nawiązania do popkultury – za takie teksty jak „Lamb of God”, „Posthuman” czy „Coma White” należało ci się. Chociażby za takie kawałki jak „Great Big White World” czy „Born Again”. Ale to wtedy zaczęło się psuć, nie?

Miałeś wejść jeszcze wyżej. Zacząłeś chyba wierzyć w to, co sam sprzedawałeś tym wszystkim dzieciakom: jaki to wspaniały z ciebie artysta, jaką to wielką sztukę jesteś w stanie stworzyć. Bo przecież znasz Jodorowskiego, powołałeś do życia ten swój ruch Celebritarian, marzyło ci się dopełnienie fantastycznej trylogii muzycznej ponadczasowym dziełem filmowym. A potem chciałeś pisać książkę – pamiętasz ten fragment, co wypłynął do Internetu? Taki nieskładny, pełen błędów? Wierzę, że to tak właśnie wyglądało i dlatego nie mieliśmy nigdy szansy zobaczyć tej książki. To jak z tą twoją późniejszą „sztuką”, wystaw ci się zachciało, bawić w malarza – ale słusznie ci napisali potem: gdyby nie to, żeś sławny, to nikt by na te maziaje nie zwrócił uwagi. Z muzyką też ci szło coraz gorzej. Owszem, na „The Golden Age of Grotesque” tekstowo to wciąż była świetna zabawa, chyba się jeszcze rozwinąłeś z tymi word playami od czasu poprzedniego krążka. Kawałków też było parę niezłych, ale nikomu byś już nie wmówił, jaka to wielka i głęboka sztuka. „Eat Me, Drink Me” mogło być fajne, bo to coś innego, niby takie osobiste, niby takie klasycznie rockowe. I też miało swoje momenty, ale już tam zacząłeś dawać poważne znaki, że stajesz się powoli karykaturą samego siebie.

No bo ile można? Myślałem, że jak się dogadacie na nowo z Twiggiem, to jakoś nie wiem, ocuci cię, wskrzesi twórczo. A gdzie tam! „The High End of Low”, to był dopiero upadek! I rozumiem, że mogłeś nie dawać rady, obserwując jak każda kolejna płyta sprzedaje się coraz słabiej. Miotałeś się i wmawiałeś (samemu sobie już chyba tylko), że przecież hej, z ciebie to wielki artysta, dokonałeś w przeszłości takich cudów. Nagrywałeś coraz większe szmiry, wmawiając sobie, że to wielka sztuka, tylko nikt wokół nie potrafi jej docenić, bo wszyscy są głupi i do niczego. Więc upadałeś dalej, zakręcałeś w swojej frustracji i desperacji, łapiąc już nawet najbardziej żałosnych rozwiązań sprzed lat. Próbując znowu szokować dokładnie tymi samymi banałami, nie widząc przy tym, że robisz się już tylko śmieszny. Byle znów na chwilę chociaż stanąć w blasku, byle poczuć to dobre uczucie, co kiedyś. Nagrałeś kawałek pod tytułem „Arma-goddamn-motherfuckin-geddon”, w którym śpiewałeś First you try to fuck it, then you try to eat it, siliłeś się na bycie eksperymentalnym i och, tak bardzo artystycznym w „I Want to Kill You Like They Do in the Movies” albo gorzej, w „WOW”, a potem był jeszcze ten żałosny teledysk do „Running To The Edge Of The World” – jakby jeszcze sama piosenka nie była wystarczająco żałosna – w którym przez pięć minut ryczałeś w jakąś firankę pokoju hotelowego. No weź, Maniek, co to miało być?! Serio myślałeś, że to jeszcze na kimś zrobi wrażenie?

Nie musieli cię uciszać jak Howarda Beala, sam się uciszyłeś, osiągając jeszcze większe dno płytą „Born Villain”. Po czymś takim już rzadko kiedy się wstaje.

I nagle… Co się stało? Oprzytomniałeś? Może gdzie Twigg nie mógł, tam Tyler Bates zdziałał… Tak, to może być klucz: odpowiedni dobór nowych współpracowników (bo starzy… heheh). Jak mówiłem: nigdy nie byłem twoim żadnym wyznawcą, ot, tak sobie słuchałem tych kolejnych płyt i jednym uchem wpadały, drugim coraz szybciej wylatywały. Tymczasem „The Pale Emperor” jest naprawdę dobre. Już przy tym kawałku z „Salem” byłem w szoku, ale w końcu byle czego by mainstramowa telewizja do czołówki swojego serialu nie wzięła, a w tym akurat Bates ma doświadczenie. Ale nikt nie odmówi ci, że „Third Day of a Seven Day Binge” to hicior – ten kawałek autentycznie buja, riff się wkręca w głowę. W ogóle cała płyta przesączona jest jakimś takim bluesowym duchem, że… Naprawdę można uwierzyć, że tym razem o coś ci chodzi. W „The Mephistopheles of Los Angeles” i „Killing Strangers” słychać prawdziwe emocje, „Warship My Wreck” i „The Devil Beneath My Feet” mają interesująco klimatyczne momenty, a „Slave Only Dreams to be King” to sieka w starym, dobrym stylu. I nawet te akustyczne bonusy, które zwyczajowo stanowią drętwe koszmarki, jawią się tu jako całkiem logiczne uzupełnienie płyty – nie bez powodu mają nawet własne tytuły.

No brawo, Maniek, nagrałeś wreszcie dobrą płytę. Nie wiem, co ci to daje. Nie wiem, kto cię jeszcze słucha, poza tym gronem wyznawców, którzy tatuowali sobie twoje wersy w liceum czy tam wcześniej, przy każdej płycie od „Eat Me, Drink Me” powtarzali, że to twoje najambitniejsze dzieło od czasu „Holy Wood”, a za chwilę urządzą przeciwko mnie krucjatę w komentarzach. Przetrwałeś, wyszedłeś, przeskoczyłeś – ale nie wiem, czy kogoś jeszcze obchodzisz. Świat poszedł naprzód, a ty już go nigdy nie dogonisz. Ale po „The Pale Emperor” możesz się jeszcze chwilę poczuć jak ten twój upragniony wielki artysta.

The following two tabs change content below.

rajmund

Lokalny Ojciec Dyrektor, gramatyczny nazista, ejtisowy cyborg, wcale nie hipster. Jarają go szczególnie cyberpunki, rudości, macki, ejtisy i szeroko pojęta elektronika. Bez muzyki umiera, w ciszy wariuje, a jak jeszcze w pobliżu nie ma wi-fi...

Ostatnie wpisy rajmund (zobacz wszystkie)