Joel McNeely – Star Wars Shadows of the Empire

Szał na „Star Wars” wybuchł na dobre z niespotykaną dotąd – nomen omen – Mocą. Chcielibyśmy do niego dołączyć, ale jakie gwiezdnowojenne płyty, których jeszcze nie słyszeli fani sagi Lucasa, można by tu opisać? Przecież nie zajmę się pojedynczym utworem ze „Sprzedawców” Kevina Smitha… Jest jednak takie jedno wydawnictwo…

W 1996 roku George Lucas wpadł na iście szalony pomysł. Nie, nie mam na myśli trylogii prequeli – je zaczął planować już kilka lat wcześniej. Nie mówię też o „edycji specjalnej” Oryginalnej Trylogii – ta już była w produkcji. Myślę o „Shadows of the Empire” – jednym z przełomowych projektów multimedialnych, które rozrosły się na wszystkie możliwe gałęzie rozrywki.

Zwiastuny „Cieni Imperium” podsuwały myśl nieco zdezorientowanym fanom gwiezdnej sagi, że oto powstaje jakiś nowy film osadzony pomiędzy V a VI epizodem. Błąd – powstawało o wiele więcej: gra komputerowa, książka, komiks, karcianka… i rzeczony soundtrack. Co ciekawe, każda z produkcji przedstawiała nowe wydarzenia z innej perspektywy i dodawała coś od siebie. Ze szczegółami polecam się zapoznać tutaj. My się dziś skupimy na soundtracku.

Warto od razu wyjaśnić, że nie jest to np. ścieżka dźwiękowa z gry – to w pełni oryginalna płyta, przygotowana z myślą o książce „Shadows of the Empire” Steve’a Perry’ego. Odpowiada za nią Joel McNeely. Kompozytor nie ma na koncie jakichś spektakularnych sukcesów (zrobił m.in. soundtracki do „Przygód młodego Indiany Jonesa” i „Mrocznego anioła” oraz wielu animacji Disneya), ale jest bardzo sprawnym wyrobnikiem. I już od pierwszych chwil próbuje kupić fanów „Gwiezdnych wojen” znajomymi dźwiękami: album rozpoczyna się jak każdy starwarsowy soundtrack, od słynnego motywu Johna Williamsa, który następnie płynnie przechodzi we fragment „Carbon Freeze”. A na deser jeszcze kultowy marsz imperialny – mamy już z McNeelym Waszą uwagę?

Cała ścieżka dźwiękowa „Cieni Imperium” obmyślana jest jak klasyczny filmowy score: ma odwoływać się do konkretnych scen, podkreślać ich nastrój i budować dramaturgię. Istotną różnicą jest tutaj jednak fakt, że McNeely nie dostał żadnego filmu, a książkę – nie musiał więc martwić się o dopasowanie do ograniczonych czasowo scen, efekty dźwiękowe i tego typu rzeczy. Krótko mówiąc, mógł puścić wodze fantazji – i dokładnie to zrobił. Znane nam fragmenty muzyki Johna Williamsa odwołują się do doskonale kojarzonych scen z filmowej trylogii, do których przecież nawiązuje i książka. Leia martwi się o Hana, który zamrożony w karbonicie wpadł w ręce Boby Fetta – stąd „Carbon Freeze”. Z kolei sekrety Vadera związane z synem oraz jego konflikt z księciem Xizorem w obliczu Imperatora, to doskonała okazja do zagrania marszu imperialnego (który pojawia się aż w trzech momentach).

Oryginalne kompozycje McNeely’ego nie są tanimi imitacjami klasyków Williamsa. Młodszy muzyk chętnie sięga na przykład po chóry, które podbijają złowrogi charakter „Xizor’s Theme” czy kreują podniosłą atmosferę w „Imperial City”. Szczególnie w tym drugim utworze słychać, że McNeely starał się czerpać własne inspiracje z gwiezdnowojennego uniwersum – do tego konkretnego fragmentu zainspirował go obraz Ralpha McQuarrie’ego.

imperial_city

Takie „The Seduction of Princess Leia” to z kolei groteskowy walczyk, na jaki dotąd nie było miejsca w uniwersum odległej galaktyki. Zaskakująco dobrze jednak do niego pasuje, a jeśli jeszcze znacie charakter relacji księżniczki Lei z księciem Xizorem… Cóż, powiem tylko, że już dla tego wątku warto się z „Cieniami Imperium” zapoznać. Powrotem do bardziej konwencjonalnych klimatów jest „Night Skies”, w którym znów słyszymy „The Imperial March”, tym razem zestawiony z „Force Theme”. To doskonałe połączenie i jeden z najbardziej magicznych fragmentów tego albumu.

Apogeum epickości osiągamy zgodnie z tradycją: w samym finale. „The Destruction of Xizor’s Palace” trwa ponad 10 minut i stanowi eksplozję orkiestrowego patosu, chórów i podniosłych aranżacji. Tu w pełni słychać możliwości Royal Scottish National Orchestra, która brała udział w nagraniach. A wspomaga ją jeszcze 150-osobowy chór. John Williams wykorzystał go na taką skalę dopiero w „Mrocznym widmie” przy okazji niezapomnianego „Duel of the Fates”.

Muzyczny „Shadows of the Empire” to ukryta perełka, o której istnieniu zaskakująco wielu fanów „Gwiezdnych wojen” nie ma pojęcia. A jeśli znacie już na pamięć wszystkie soundtracki Johna Williamsa, w następnej kolejności powinniście sięgać właśnie po nią. Sam McNeely twierdzi, że wracając do tego albumu po latach wyraźnie słyszy, iż powstał on w zaledwie dwa tygodnie. W takim razie aż strach pomyśleć, co stworzyłby na potrzeby „Star Wars”, mając do dyspozycji więcej czasu…

The following two tabs change content below.

rajmund

Lokalny Ojciec Dyrektor, gramatyczny nazista, ejtisowy cyborg, wcale nie hipster. Jarają go szczególnie cyberpunki, rudości, macki, ejtisy i szeroko pojęta elektronika. Bez muzyki umiera, w ciszy wariuje, a jak jeszcze w pobliżu nie ma wi-fi...

1 komentarz do "Joel McNeely – Star Wars Shadows of the Empire"Dodaj swój →

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *