Hurts – Exile

Hurts przebojem wdarli się na mainstreamowe salony. Całkiem zasłużenie, bo „Wonderful Life” to piękny przebój starej szkoły – bez żadnych dubstepowych wiertar, timbalandowej synkopy i innych wynalazków współczesnego popu – ale chyba mimo wszystko każdy już miał tej piosenki po dziurki w nosie. Osobiście nie mogłem się już doczekać nowej płyty brytyjskiego duetu. Nie dlatego, że to nowi Depeche Mode czy inni Pet Shop Boys, ale dlatego, że wreszcie jakiś porządny, synthpopowy projekt wybił się do szerokiej publiki. I przy okazji by sprawdzić, jak panowie zniosą tzw. „syndrom drugiej płyty”.

Otwierający krążek utwór tytułowy wielkich zmian nie zapowiada. Pulsujący beat, bucząca gitara i klawisze przywodzące na myśl twórczość innego synthpopowego odkrycia ubiegłej dekady, szwedzkiego tria Lowe. Kawałek rozkręca się powoli, ale potem płyta uderza już wszystkim, co ma dla nas najlepsze (czy też raczej: najbardziej przebojowe). „Miracle” ustępuje „Wonderful Life” tylko brakiem saksofonu. Nawiązujący do stylistyki R&B „Sandman” z przetworzonymi chórkami to istne kuriozum, ale nawet człowiek sobie nie zdaje sprawy, jak szybko zaczyna to nucić. „Blind” to kolejny świetnie dobrany singiel, który spodoba się każdemu, kto pokochał „Happiness”. A „Only You” to już spokojniejszy, ale wciąż przykuwający uwagę hicior ze szczególnie uwypuklonym basem. Także nawet jeśli „Exile” nie jest już tak nachalnie przebojowe jak „Happiness”, z którego single można było wybierać na chybił-trafił, wciąż jest to bardzo nośny materiał.

Ale drugi krążek Hurts już nie samymi przebojami stoi. „The Road”, pierwsza kompozycja, którą poznaliśmy, to mroczna ballada, zaczynająca się spokojną gitarką i cichym śpiewem Theo. Dopiero w refrenie robi się głośniej, aż do stanowiącej epilog elektronicznej solówki, gdzie panowie już naprawdę dali po gar… Laptopach. I nie odpuścili w następnym na płycie „Cupid”, który budzi jednoznaczne skojarzenia z bardziej gitarowymi dokonaniami Depeche Mode (zwłaszcza „Personal Jesus” przychodzi do głowy). Szkoda tylko, że takie to krótkie. Z tym brakiem dubstepowych patentów trochę naciągnąłem, bo w nastrojowym „Mercy” trafiają się takie fragmenty. A do tego klasyczny hurtsowy chór, natchniony śpiew Theo i pompatyczne zakończenie.

Końcówka płyty to już klimaty po całości. „The Crow” uderza nieco w rejony Chrisa Isaaka: podobnie niespieszna, rozmarzona ballada, tym razem bez elektronicznych wtrętów. A na sam koniec perełka w postaci chyba najpiękniejszej piosenki w dotychczasowym dorobku Hurts. „Somebody to Die For” to istny majstersztyk, łączący klawisze rodem z „New Year’s Day” U2, pełen emocji wokal Hutchcrafta i przepełniony elektronicznymi fakturami refren. Dobrze się stało, że panowie wybrali to cudo na trzeci singiel i do tego zilustrowali wyjątkowym teledyskiem, który wygląda jak jakieś zaginione video Antona Corbijna z „Violatora”.

„Exile” to płyta inna od „Happiness”, co dla jednych będzie jej największą zaletą, dla innych wadą. Ja tam doceniam rozwój Hurts, pójście w bardziej orkiestralne brzmienie i rozbudowane aranżacje – nawet jeśli wiązało się to z odejściem od oldskulowego, ejtisowego brzmienia, które stanowiło o sile „Happiness”. W obliczu „Delta Machine”, „Exile” to moja synthpopowa płyta roku, miejscami bardziej depechowa od samych Depechów. A że zbyt mainstreamowa na tego bloga? Cóż, raz na parę lat i w głównym nurcie pojawi się coś interesującego.

The following two tabs change content below.

rajmund

Lokalny Ojciec Dyrektor, gramatyczny nazista, ejtisowy cyborg, wcale nie hipster. Jarają go szczególnie cyberpunki, rudości, macki, ejtisy i szeroko pojęta elektronika. Bez muzyki umiera, w ciszy wariuje, a jak jeszcze w pobliżu nie ma wi-fi...

Ostatnie wpisy rajmund (zobacz wszystkie)

0 komentarzy do "Hurts – Exile"Dodaj swój →

Dodaj komentarz