Hedone – SancTVarium

Hedone zaczynali jako polska odpowiedź na rock industrialny. Ich debiutancki krążek „Werk” z 1994 roku pełen był brzmień nawiązujących do twórczości Reznora i Jourgensena, ale też Michaela Giry (Swans) czy Rodneya Orpheusa (The Cassandra Complex). Koszące gitary, ciężkie sample i duszna atmosfera. Remiksowy „Re-Werk” zapowiadał już jednak, że zespół (a przede wszystkim Maciej Werk – jego lider i jedyne stałe ogniwo na przestrzeni lat; obecnie występujący pod szyldem WERK) otwarty jest na eksperymenty i wycieczki w inne dźwięki. Potwierdzeniem tego była płyta „SancTVarium” z 1998 roku. Zupełnie inna od debiutu, ale znów wypełniająca niszę na polskim rynku.

Bo w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych ciężko było szukać na polskiej scenie aktualnie brzmiącego, nowoczesnego grania, które nadążałoby za zachodnimi trendami, gdzie królował big beat, a każdy liczący się artysta skręcał w stronę mniej lub bardziej agresywnej elektroniki. Jednak o ile w przypadku płyty „Werk” Hedoniści nieco zbyt kurczowo trzymali się swoich idoli, tak już „SancTVarium” nie stanowiło kolekcji sampli z twórczości The Prodigy, The Crystal Method czy innego Apollo 440 (których notabene supportowali podczas polskiego koncertu), lecz zdecydowany krok w poszukiwaniu własnego stylu. Najlepszym dowodem niech będzie „Sanctuary” – cover Madonny z płyty „Bedtime Stories”. Tak jak amerykańska wokalistka potraktowała w tym utworze charakterystyczny sampel z „Watermelon Man” Herbiego Hancocka, tak Hedoniści wsamplowali samą Madonnę, odpowiednio zagęszczając do tego aranżację, dodając szybki beat, gitarowe wstawki i czyniąc ten utwór integralną częścią „SancTVarium”. To tak a propos otwartych umysłów i producenckiej wyobraźni.

Płyta spokojnie miała szanse trafić tym razem do szerszego grona słuchaczy. 1/3 materiału przygotowana została w języku polskim, w tej części znalazły się zresztą najbardziej zapadające w pamięć utwory, w tym (całkiem słusznie) promujące ją single. „Daj mi to” nosi jeszcze znamiona industrialu: typowy dla tej muzyki tekst o żądzach damsko-męskich, potężna produkcja, ale i miejsce dla jak najbardziej analogowego motywu syntezatora. Największy przebój tej płyty, jak i chyba w ogóle Hedone, czyli niepokojąca ballada „Zapach” z gościnnym udziałem Renaty Przemyk. Do kompletu jeszcze „Woda”, która spokojnie mogła posłużyć za trzeci singiel – „plumkający” klawisz od razu wpada w ucho. Stare spotyka się ponownie z nowym w „Słońcu”, gdzie jest nawet samplowa „solówka”, prowadząca do rozbudowanego, instrumentalnego outra. Wieńczący płytę „Ostatni dzień na Ziemi” to wcale nie cover Marilyna Mansona, a taneczna jazda w sam raz na findesieclowe nastroje, w których rodził się ten album.

Część anglojęzyczna może i wypada momentami mniej wyraziście, ale wcale nie należy jej skreślać. Już złowieszczy „The Exister” zachwyca swoją mocą i potrafi zaskoczyć falsetowym refrenem czy elektroniczną zabawą pod koniec – tak charakterystyczną dla „SancTVarium”. Skoro już przy wokalu jesteśmy, nie sposób nie docenić bardziej zróżnicowanych partii Werka, który tym razem nie tylko krzyczy, lecz także szepcze czy po prostu daje się ponieść melodii. Doskonałym popisem jego możliwości jest schizofreniczny „New”, który byłby bardzo ładną piosenką, gdyby nie szaleńcze wybuchy. Istne „wild mood swings”. „Recreation” zbudowano wokół sampla, ale są i scratche, i stylowa gitara, a nawet na moment wraca Renata Przemyk. Skoczne „My Death”, agresywne „The Eye” (tu z kolei kłania się Meat Beat Manifesto) czy „A Cry in the Cab”, gdzie w tle swoje trzy grosze dorzuca Pati Yang. No i cudownie rozwijający się „Disgust”. Spójna, przemyślana i do dziś rewelacyjnie brzmiąca mieszanka.

„SancTVarium” to wymarzona propozycja dla tych, którzy tęsknią do czasów, kiedy Depeche Mode nagrywali „Ultrę”, U2 – „Pop”, a Paradise Lost przyprawiali o zawał dotychczasowych fanów, nagrywając płytę „Host”. Niestety, nie znajdziecie tego na Spotify. Nawet zdobiące ten tekst YouTube’y muszę ograniczyć do singlowych teledysków. Wiedzieliście w ogóle, że mieliście coś takiego w swoim kraju?

The following two tabs change content below.

rajmund

Lokalny Ojciec Dyrektor, gramatyczny nazista, ejtisowy cyborg, wcale nie hipster. Jarają go szczególnie cyberpunki, rudości, macki, ejtisy i szeroko pojęta elektronika. Bez muzyki umiera, w ciszy wariuje, a jak jeszcze w pobliżu nie ma wi-fi...

6 komentarze do “Hedone – SancTVarium

  1. Danny, wiadomo tylko tyle iż po dość słabym Playboy’u z 2005 Hedone tak jakby zawiesiło działalność. W 2008 wystąpili jeszcze podczas festiwalu Łódź Alternatywa prezentując kilka nowych kawałków. Ostatecznie w 2012 Werk wydał solowe Songs That Make Sense.
    Ada, kopiuj-wklejka? Użycie kilku sampli i wzorowanie się na innych zespołach to norma – zwłaszcza w Polsce gdzie praktycznie 95% zespołów jest kopią czegoś zagranicznego. Najbliższym i najlepszym przykładem będzie tu chyba płyta Siekiery – Nowa Aleksandria która brzmi po prostu jak polska kopia debiutanckiego albumu Killing Joke. No tyle że, aby mix kopiowania i samplowania dobrze brzmiał to trzeba umieć to sensownie zmixować co raczej w przypadku Siekiery (jak na tamte czasy) czy Hedone wypadło to dość dobrze. Widomo – w dobie internetu i spamu indiecrapu trochę trudniej to docenić. 🙂

  2. Kilku? Hah dobre 🙂 Zwątpiłam w życie jak zobaczyłam to -> https://www.youtube.com/watch?v=sWAuHccJYio gdzie skopiowane jest dosłownie wszystko łącznie z manierą wokalną, montażem teledysku, wygibasami przy metalowej siatce przypominającej mi klatkę z „Wish”. Wtórność do granic możliwości, a w takiej ilości nie idzie docenić polskiej próby podejścia do industrial rocka. Być może było by to do zniesienia słysząc te 20 lat temu, bo pod względem hmm produkcji to w tamtych latach rzeczywiście odstawało od reszty ale… dziś mówię nie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *