Gary Numan – The Fury

Powszechnie uważa się, że Gary Numan nagrał trzy rewolucyjne płyty na przełomie lat 70. i 80., potem przez półtorej dekady nagrywał mniejszy lub większy szmelc i dopiero w połowie lat 90. wrócił na właściwą drogę, tworząc industrialny „Sacrifice”. To wielce niesprawiedliwe i krzywdzące uproszczenie, bo o ile po „Telekon” Numan rzeczywiście się trochę pogubił, tak co najmniej kilka albumów z lat osiemdziesiątych (a trzeba wspomnieć, że Gary wydawał wtedy nowy materiał rokrocznie) zasługuje na uwagę. W zasadzie dyskografia Brytyjczyka to idealny materiał na mojego bloga, gdzie staram się przecież odkurzać płyty zapomniane i niedocenione. Bardzo możliwe, że będę jeszcze do niej sięgał – na dziś wybrałem album „The Fury”.

Sytuacja ma się więc następująco: po wydaniu „Telekon” Gary ogłosił przerwę w karierze (z której za chwilę się rozmyślił – przestał tylko na chwilę koncertować) i okres jego największej popularności dobiegł końca. Przez następne trzy lata Numan eksperymentował z jazzem i funkiem, stracił poparcie wielu najwierniejszych fanów, którzy pokochali go za „Replicas” i „The Pleasure Principle”, aż w końcu odwróciła się też od niego dotychczasowa wytwórnia, legendarny Beggars Banquet. Muzyk jednak się nie poddał i postanowił… Założyć własną wytwórnię, co miało mu przynieść niezależność, należytą promocję i pozwolić na obranie nowych kierunków w tworzonej muzyce. Rzeczywiście, pierwszy wydany w ten sposób krążek, „Berserker” z 1984 roku, był pod wieloma względami przełomowy. Gary porzucił electro-funkowe zabawy, które osiągnęły apogeum na kuriozalnej płycie „Warriors”, i nagrał nowoczesny, rockowy album pełen sampli i industrialnych dźwięków. Rewolucja zaszła też w warstwie wizualnej, gdzie Gary zdecydował się na biały make-up, niebieską szminkę i włosy. To prawdopodobnie jego najwyraźniejsze wcielenie od okresu „androidziego”. Niestety, płyta sprzedawała się słabo, a single nie zawojowały list przebojów. Dość wspomnieć, że lepiej od „Berserkera” radziła już sobie kolekcja wczesnych nagrań Tubeway Army, „The Plan”… Ba, nawet późniejsza koncertówka „White Noise” sprzedała się w większym nakładzie. Numan coraz bardziej desperacko potrzebował komercyjnego sukcesu – i tak powstała „The Fury”.

Wyjaśnijmy sobie od razu: o ile będę bronił wielu płyt Gary’ego z lat osiemdziesiątych, tak większości okładek z tamtego czasu nie jest w stanie obronić absolutnie nic. „The Fury” to najgorszy przypadek tego rodzaju w całym dorobku twórcy „Cars”. Zamiast kontynuować ciekawą oprawę „Berserkera”, tym razem Numan zrobił się na jakiegoś Bryana Ferry’ego w białym garniturze i z okropną, czerwoną muchą. Jeszcze ten „artystycznie” kopnięty kadr, no nawet font jest szkaradny! I najgorsze, że to wszystko ma się NIJAK do zawartości płyty! Sam Numan przyznaje po latach w notce dołączonej do późniejszej reedycji, że wygląda na tej okładce jak ktoś, kto właśnie wszystko przegrał w Monte Carlo, i prawdopodobnie nie pomogło to za bardzo w promocji „The Fury”. No brawo, Kapitanie Oczywisty! Szkoda, że nie zwróciłeś na to uwagi w chwili, gdy TWOJA wytwórnia wydawała takiego potworka. Ta sama, która miała ci zapewnić pełną niezależność i kontrolę nad wizerunkiem artystycznym… Zresztą, wszystkie teledyski kontynuują ten „wizerunek”, więc nie ma mowy o żadnym wypadku przy pracy – to była przemyślana sprawa. Sam właśnie zrobiłem zastępczą okładkę, która o wiele lepiej oddaje ducha tej płyty. Bo takie jest „The Fury”: futurystyczne, cyberpunkowe i pełne sampli z „Blade Runnera”.

gar-furr

Muzycznie jest to kontynuacja stylu obranego na „Berserker”, czyli: industrialne beaty, masa sampli (już w „Call Out the Dogs” na tytułowe polowanie wzywa Azjatka ze słynnej futurystycznej reklamy, którą proroczo straszył „Blade Runner”), żeńskie chórki, po jednopłytowej przerwie wrócił też saksofon Dicka Morrissey’a (ten sam, który wygrywał przepiękne „Love Theme” w „Łowcy androidów”). Nie znalazło się już natomiast miejsce na gitary (również basową) – to największa różnica między „The Fury” a „Berserkerem”, gdzie aż roiło się od iście heavy metalowych riffów. Nie tym razem, płyta z Monte Carlo to najbardziej syntetyczna propozycja Numana od czasów „mechanicznego” okresu.

Takie instrumentarium idealnie jednak pasuje do cyberpunkowego (w ejtisowym znaczeniu) charakteru chociażby singlowego „Call Out the Dogs”, który brzmi jak androidzi miks „Owner of a Lonely Heart” i „A View to a Kill”, obtoczony w samplach z kultowego filmu Ridleya Scotta. Metaliczne brzmienie „Your Fascination” w połączeniu z żeńskimi wokalizami i chórkami wskazuje wyraźnie, że coś takiego mogło powstać jedynie w latach osiemdziesiątych. Jako smaczek dodam, że sam Gary brzmi w tym kawałku zupełnie jak Jonathan Davis z Korn (w tamtym czasie zapewne dopiero truty przez macochę). Ostatnim singlem z „The Fury” była pełna żalu ballada „Miracles”, w której industrialne postukiwania zastąpiła melodia syntezatora. Niestety, wszystkie single poległy na listach przebojów, kontynuując komercyjny upadek artysty.

Są na „The Fury” elementy, które towarzyszą Numanowi po dziś dzień jak jego charakterystyczne o-O-o-O („The Pleasure Skin”; nie mylić z oOoOO), są też kontynuacje taneczno-funkowych eksperymentów jak w „Tricks” (znów saksofon) i „This Disease”, gdzie chórki Tracey Ackerman i Tessy Niles (znanej chyba najszerzej ze skandowania tytułowego „Not-Not-Notorious” w kawałku Duran Duran) są dobrą przeciwwagą dla zdehumanizowanego Numana i syntetycznego beatu. Ludzka strona „The Fury” wychodzi jednak najlepiej pod koniec albumu. „God Only Knows”, zbudowane wokół syntezatorowych plam i rozmarzonego głosu Gary’ego, to do dziś u mnie jeden z jego ulubionych kawałków. O ile w pozostałych piosenkach żeńskie chórki trącą już dziś kiczem, tak tutaj wszystko idealnie do siebie pasuje. No a najbardziej ludzka jest wspomniana ballada „I Still Remember”. Typowy ejtisowy lovesong dla złamanych serc z pięknym saksofonem Dicka Morrissey’a. Tylko ten automat perkusyjny tutaj nie pasuje (tylko tutaj). Rok później piosenka wyszła na charytatywnym singlu – dochód z jego sprzedaży został przeznaczony na organizacje sprzeciwiające się znęcaniu nad zwierzętami, a Numan dopisał nowy, przejmujący tekst, tym razem z perspektywy psa. W oryginale zwracał uwagę przede wszystkim ostatni wers: „This could be / My last song /Everything must end some day”.

Na szczęście „The Fury” nie okazało się ostatnią płytą artysty – co najwyżej ostatnią, która trafiła do brytyjskiego Top 30 (potem udało mu się to dopiero z zeszłorocznym „Splinter (Songs from a Broken Mind)”). Krążek co prawda sprzedał się lepiej od „Berserkera”, ale Gary wciąż był obiektem szykan ze strony mediów (no trudno się dziwić, popatrzcie jeszcze raz na tę okładkę…). Nie pomogły też kolejne płyty, w większości o wiele lepsze niż się je na ogół przedstawia, ale o tym już innym razem…

The following two tabs change content below.

rajmund

Lokalny Ojciec Dyrektor, gramatyczny nazista, ejtisowy cyborg, wcale nie hipster. Jarają go szczególnie cyberpunki, rudości, macki, ejtisy i szeroko pojęta elektronika. Bez muzyki umiera, w ciszy wariuje, a jak jeszcze w pobliżu nie ma wi-fi...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *