Gary Numan – Splinter (Songs From a Broken Mind)

Gary Numan – ten od „Cars” i „Are ‘Friends’ Electric?”, na którego powoływali się Marilyn Manson i Trent Reznor… W ten sposób to sobie mogą zaczynać jakieś mainstreamowe szmatławce, w których rzeczywiście pracują ludzie kojarzący Numana jedynie z „Cars”. Ja tu się staram trzymać jakiś poziom, więc doskonale wiem, że po „Cars” było jeszcze kilkanaście płyt, na ogół uważanych za złe i nieważne. Co jest nieprawdą, bo pośród oczywistych mielizn, miał Numan w latach osiemdziesiątych parę naprawdę smakowitych krążków jak „The Fury” czy „Metal Rhythm”. Prawdą jednak jest, że na dobre odrodził się artystycznie dopiero w 1994 roku płytą „Sacrifice”.

Od tamtej pory nagrywał już rzeczy tylko bardzo dobre i poniżej tego poziomu nie schodził.

Gdy tak wracam co jakiś czas do tych płyt, dochodzę do wniosku, że jedną z przyczyn ich sukcesu było zróżnicowanie i bardzo zgrabne lawirowanie między współpracownikami. Na „Exile” Numan tworzył sobie darkwave’owe tła jeszcze samodzielnie. Już na „Pure” zwrócił się o pomoc do industrial rockowego Sulphera, dzięki czemu odnalazł nowe pokłady mroku i zyskał potężną produkcję. Zamiast jednak pozostawać w bezpiecznym towarzystwie, z kolejną płytą przyszedł do Ade Fentona, nieznanego wówczas szerzej brytyjskiego DJa. „Jagged” skręciło dzięki temu w nie tak odległe od dokonań z początków kariery, syntezatorowe brzmienia, nie straciwszy jednak mrocznego, industrialnego ciężaru. Niestety, po tej fantastycznej trylogii ojciec chrzestny komercyjnej muzyki elektronicznej wpadł w tę samą pułapkę, co Depeche Mode czy chociażby jego przyjaciel, Trent Reznor.

Narzekałem już przy okazji „Dead Son Rising”, że współpraca z Fentonem robi się dość przewidywalna i nieco nudna. Tamten krążek był jednak tylko dodatkiem. Płytą z dopracowanymi odrzutami, która miała nam umilić czekanie na pełnowymiarowe dzieło. Pamiętam jak Numan opowiadał w wywiadach z tamtego czasu, że „Splinter” będzie nie tylko najlepszym, ale i najostrzejszym dziełem w jego karierze. Cóż, potwierdza to tylko, że płyta wcale nie powstawała tyle lat, a w 2011 roku była jeszcze w powijakach. Dziś już Gary mówi o tym sam, opowiadając o swoim kryzysie wieku średniego i problemach z depresją. Ciężko jednak ocenić, ile w tym jego rzeczywistej otwartości, a ile marketingowej gadki.

Bo „Splinter” to przede wszystkim szeroko zakrojony marketing.

Numan przeprowadził się do Stanów, zagrał tu i tam z Nine Inch Nails, gdzie tylko można powołuje się na znajomość z Reznorem. Po raz setny powtarza opowieści o upadkach z przeszłości, które pozwoliły mu odrodzić się nowym materiałem. Nie zrozumcie mnie źle, doskonale zdaję sobie sprawę, jak bardzo niedocenionym artystą jest Gary Anthony James Webb. Życzę mu jak największych sukcesów. Tylko niekoniecznie z tą płytą.

„Splinter” to typowe numanowe hity na industrialną jesień. Otwierający całość „I Am Dust” pełen jest fentonowego wiercenia i koszących gitar, które prowadzą do rozdmuchanego refrenu. O ile trzeba przyznać, że Numan dawno tak pięknie nie wrzeszczał, tak już przebojowość, na której ten kawałek ma jechać, jest co najmniej drugiej świeżości. Brakuje tu charakterystycznej dla Brytyjczyka hymniczności, którą jeszcze płytę wcześniej zachwycały (również niezbyt odkrywcze) „Big Noise Transmission” albo „The Fall”. Lepszy jest już „Here in the Black”, w którym z kolei pojawia się inny z numanowych patentów: złowrogi szept. Ale znowu, ten patent został już doprowadzony do mistrzostwa na „Pure” i nawet w towarzystwie kolejnego pięknie wykrzyczanego refrenu nie robi już takiego wrażenia.

Najbardziej kuleje jednak singlowy „Love Hurt Bleed”.

Taneczny, chciałoby się rzec, industrial, z faktycznie zabójczym refrenem, ale rozciągniętymi i męczącymi zwrotkami, w których najbardziej niespodziewany jest moment wyciszenia przed wersem „everything bleeds” – równie niespodziewany, jak kot wyskakujący z ciemności w filmie grozy, gdzie każdy widz doskonale się już nauczył, że jeszcze za wcześnie, aby pokazać prawdziwego potwora. Pod tym względem „Love Hurt Bleed” doskonale ilustruje teledysk, w którym też wyraźnie zabrakło pomysłu na to, co by można pokazać między refrenami.

„Splinter” to mimo wszystko też nowe rejony i eksperymenty, bo Numan jednak nie stoi w miejscu i ciągle poszukuje. Niestety, nie zawsze udane – jak np. męczący „A Shadow Falls on Me”, gdzie zaśpiewane falsetem partie rzeczywiście pozwalają słuchaczowi poczuć ten cały „pain”, o którym ciągle śpiewa wokalista. O wiele lepiej na tym polu wypada klimatyczny „Where I Can Never Be”, w którym atmosfera oślizłego lochu, z którego ciemnego kąta zdaje się śpiewać Numan, rzeczywiście przytłacza. Albo utwór tytułowy z nieco orientalnymi wokalizami i smyczkowymi fragmentami, które nadają całości charakter soundtracku do nieistniejącego filmu. To uczucie powraca zresztą co jakiś czas przez cały album.

Wreszcie, „Splinter” to też fragmenty, w których Numan ewidentnie próbuje wrócić do najbardziej poruszających fragmentów „Pure”. Zatopiony w basie „The Calling”, mimo wysokich dźwięków klawiszy i techniawowych syntezatorów Fentona, daleki jest od wesołości… Nawet jeśli zbliża się w którymś momencie do emo poezji z licealnych zeszytów.

You don’t hear me
You don’t see me
You don’t even know I’m alive

(…)

You don’t love me
You don’t know me
Is this some kind of game for you?

Kulminacyjnym momentem albumu wydaje się „Lost”. Dostojna, bardzo ładna i oszczędna ballada o linii melodycznej przywodzącej na myśl „This Wreckage” sprzed lat. Jeśli Numan na ogół sprawia wrażenie zimnego androida, tak w tym utworze jawi się jako zagubiona jednostka jak najbardziej ludzka.

Piękne jest również zwieńczenie „Splintera”.

Zabawne, że podczas gdy Trent Reznor zakończył swój ostatni krążek optymistycznym „While I’m Still Here”, w którym chce czerpać jak najwięcej dobrego z życia aż do ostatniej sekundy przed końcem świata, Gary Numan rozpatruje swój ostatni dzień, wyrażając żal nad wszystkimi rzeczami, których nie zdoła już zobaczyć. To utwór z orkiestrowym rozmachem, w sam raz na finał płyty. Ale mimo że wszystkie piosenki wymienione w tym akapicie są bardzo udane, daleko im do ładunku emocjonalnego znanego z „A Prayer for the Unborn” czy „Little InVitro”. Jednak wolałem Gary’ego jako cynicznego, wojującego ateistę niż zdołowanego i pogubionego faceta w, bądź co bądź, sile wieku.

„Splinter (Songs From A Broken Mind)” nie jest złą płytą. Mimo wszystko słucha jej się bardzo przyjemnie, a wielu nowych fanów, których z pewnością Numanowi przyprowadzi, będzie się nią całkiem słusznie zachwycać. Czegoś jej jednak wyraźnie brakuje: trochę świeżości, a trochę właśnie tej dawnej energii. Z „nowego” Numana to zdecydowanie najsłabszy krążek. Dlatego mam nadzieję, że następny materiał (o ile Gary nie poświęci się teraz komponowaniu soundtracków, na co się wyraźnie zanosi) powstanie już u boku innego producenta. Może Officers, których sobie niedawno wypatrzył? Wszakże zawsze miał dobre ucho do młodych.

The following two tabs change content below.

rajmund

Lokalny Ojciec Dyrektor, gramatyczny nazista, ejtisowy cyborg, wcale nie hipster. Jarają go szczególnie cyberpunki, rudości, macki, ejtisy i szeroko pojęta elektronika. Bez muzyki umiera, w ciszy wariuje, a jak jeszcze w pobliżu nie ma wi-fi...

2 komentarzy do "Gary Numan – Splinter (Songs From a Broken Mind)"Dodaj swój →

  1. IMHO demka które zostały dołączone do deluxe edition o wiele lepiej wypadają od ostatecznych Fentonowskich wersji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *