Franz Ferdinand – Right Thoughts, Right Words, Right Action

Franz Ferdinand to jeden z nielicznych zespołów objawionych przez tzw. „new rock revolution”, które wciąż uważałem za interesujące. Ich debiut (również jako jeden z nielicznych) w dalszym ciągu lubię odkopać z półki i powspominać sobie stare dobre czasy, gdy „Take Me Out” było mainstreamowym hitem numer jeden. Chwaliłem przecież nawet płytę sprzed czterech lat, na której Alex Kapranos i koledzy zredefiniowali swoje brzmienie, ale jednocześnie dorównali debiutowi pod względem przebojowości. Tym bardziej boli, że przy „Tonight” chwaliłem ich za dojrzałość, a gdy faktycznie przekroczyli czterdziestkę, muszę ich zganić za wyraźny krok wstecz.

Gdzie się podziały te uzależniające piosenki o ciemności poranka, rzutkach przyjemności i ogniu wyrwanym spod kontroli? Chociaż o rozkochiwaniu innych w sobie, Ulissesie albo dziewczynach, które nigdy nie zdadzą sobie sprawy, jak czuje się przy nich chłopak? Cóż, z „Right Thoughts, Right Words, Right Action” dorównuje im tylko „Evil Eye”. Choć też mogę nie być do końca obiektywny, dałem się na ten singiel złapać dopiero w połączeniu ze świetnym teledyskiem. „Right Action” nie jest złe, ale w czasach pierwszej płyty mogłaby to być najwyżej strona B singla. W „Love Illumination” uwagę zwraca tylko staromodna melodyjka na klawiszach – lecz też od „Twilight Omens” dzielą ją lata świetlne.

Nieco lepiej robi się w „Bullet” gnającym do przodu jak za czasów debiutu. Kiedy zastanawiam się, gdzie już wcześniej to wszystko słyszałem, wchodzi ubarwiony wielogłosami refren – jeden z wielu patentów, którymi Franz Ferdinand uparcie próbuje udawać zespół sprzed pół wieku. Innym razem straszą beatlesowskim potworkiem „Fresh Strawberries”. To już wolę jak znowu sięgną po organy i w „Treason! Animals” odrobinę zbliżają się do brzmienia „Tonight”. Albo wykreują z deka psychodeliczną atmosferę jak w „The Universe Expanded”. Nie zmienia to jednak faktu, że tym razem to w większości wydmuszki napakowane znanymi nam już od trzech płyt zagraniami, które wlatują jednym uchem i zaraz wylatują drugim.

Ciekawie robi się dopiero pod sam koniec. „Brief Encounters” odpowiednio buja swoją beztroską melodią, ale potrafi zaskoczyć niespodziewanym wejściem zagłuszającej wszystko gitary. Tak jak niegdyś kończyli płytę piosenką o rozstaniu albo prosili Katarzynę o pocałunek po całonocnej imprezie, tak „Goodbye Lovers & Friends” to chwyt jeszcze dalej posunięty. Kapranos kończący całą płytę słowami „Goodbye, lovers and friends, so sad to leave you / When they lie and say „This is not the end” / You can laugh as if we’re still together / But this really is the end” sugeruje, że to może być już naprawdę koniec dla całego zespołu. Ale przecież nikt tego nie weźmie na serio.

Szkoci opatrzyli swój czwarty krążek przydługim tytułem „Right Thoughts, Right Words, Right Action”. Do kompletu zdaje się brakować tylko Right Said Fred, od których lata temu wyzywał ich wokalistę pyskaty jak zwykle Liam Gallagher. Ale nie ma co się przejmować, swoje już zrobili. Czwarty album Oasis też był do bani.

The following two tabs change content below.

rajmund

Lokalny Ojciec Dyrektor, gramatyczny nazista, ejtisowy cyborg, wcale nie hipster. Jarają go szczególnie cyberpunki, rudości, macki, ejtisy i szeroko pojęta elektronika. Bez muzyki umiera, w ciszy wariuje, a jak jeszcze w pobliżu nie ma wi-fi...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *