Fish – Raingods with Zippos

Moja ulubiona wersja żartu o wkręcaniu żarówki wiąże się z fanami zespołu Marillion. Ilu ich potrzeba do wymiany żarówki? Czterech. Jeden wymienia, a trzech pozostałych krzyczy, że poprzednia była lepsza. To, że cytuję ten dowcip, wcale jednak nie oznacza, że się z nim nie zgadzam. Nawet Peja przyznawał w jednym ze swoich kawałków, że Fish bez Marillion i Marillion bez Fisha się nie sprawdza. I miał w tym sporo racji.

O ile twórczość Marillion ze Steve’em Hogarthem nigdy do mnie nie przemawiała, tak w solowej dyskografii szkockiego wokalisty trafiały się zdecydowanie jaśniejsze punkty. Przede wszystkim jego solowy debiut, „Vigil in a Wilderness of Mirrors”, a zaraz po nim stawiałbym „Raingods with Zippos”. Choć już wcześniejszy krążek Fisha – „Sunsets on Empire” – zebrał bardzo dobre recenzje, to dopiero na tym Szkot ostatecznie połączył progrockową tradycję z nowoczesną świeżością. Najlepiej obrazują to goście, których zaprosił do współpracy: z jednej strony klawiszowiec Mickey Simmonds, z którym grał już na debiucie, z drugiej: gitarzysta Steven Wilson… Którego chyba nie trzeba nikomu przedstawiać?

Płyta rozpoczyna się w najbardziej nostalgiczno-romantyczny sposób z możliwych, fortepianowym wstępem wspomnianego Simmondsa. Ale niech to nikogo nie zwiedzie – „Tumbledown” zaraz potem przywala rytmicznym riffem. Jeśli ktoś chce kontynuować melancholijne nastroje, dostaje później piękną balladę „Incomplete” zaśpiewaną z gościnnym udziałem Elizabeth Troy Antwi (nie miała nigdy większych przebojów, ale w jungle’owym undergroundzie zdobyła rozgłos np. tą piosenką). Miłośnicy „rybiej” poezji powinni być usatysfakcjonowani:

We got a 140 stations of satellite
Beaming on down to our home but I’m watching you
I’ve got half a million bills to pay
You never hear a word I say, I dream of you

Oh, it feels so incomplete
Oh, it seems so incomplete
If we could only close the distance

If we could only cross these lines
If we could only fill the space that’s grown
Between us over time

You don’t hear me anymore
You don’t touch me anymore
You don’t know me anymore

Aż się od razu przypomina „Come Talk to Me” Petera Gabriela. Ukoronowaniem tych spokojniejszych, balladowych momentów jest „Rites of Passage”, gdzie znów popisuje się Mickey Simmonds – już nie tylko fortepianem, ale i elektronicznymi aranżacjami, które zachwycają szczególnie w epilogu kompozycji. O tym, do czego ten epilog prowadzi – za chwilę. Zwróćmy jeszcze uwagę na tę bardziej rockową, energiczną stronę „Raingods with Zippos”. Płycie co prawda daleko w tym względzie do przeciętnego wydawnictwa Roadrunner Records, ale choćby Fishowa wersja „Faith Healer” ma w sobie tyle energii, że spokojnie postawiłaby na nogi każdego pacjenta. Już kiedyś wspominałem, że to jedna z dwóch moich ulubionych wersji tego utworu. Warto też wyróżnić bujający „Mission Statement”, którego współkompozytorem był Rick Astley (i nie, to nie jest trolling).

Jak dotąd „Raingods with Zippos” jawi się jako całkiem ciekawa płyta, lecz jeszcze nie dobrnąłem do tego, co na niej najlepsze. Po „Rites of Passage” rozpoczyna się bowiem cała druga część – prawie półgodzinna suita „Plague Of Ghosts”, która świadczy o wielkości tego albumu. Pamiętajcie, że mówimy o płycie, która ukazała się w 1999 roku – w czasie, kiedy rock progresywny był praktycznie martwy. Tutaj zaś mamy do czynienia z niezwykle odważnym utworem, nagranym przy współpracy Marka Daghorna i Tony’ego Turrella. Historia zatoczyła swoiste koło, bo obaj panowie zremiksowali rok wcześniej płytę „This Strange Engine” Marillion. Najlepsze momenty „Plague of Ghosts”? Całkiem przebojowy „Digging Deep”, znów kojarzący się nieco z najżywszymi momentami „Us” Petera Gabriela. Oparty na nowoczesnym, jungle’owym beacie „Waving at Stars”. No i przede wszystkim przepiękne „Raingods Dancing”, rozkręcające się z dramaturgią godną największych dzieł Fisha. Całe „Plague of Ghosts” to jeden z tych nielicznych momentów końca XX wieku, kiedy rock progresywny zabrzmiał faktycznie progresywnie.

Szkoda, że dziś ta płyta zdaje się być nieco zapomniana i nawet najgłośniejsi krzykacze od haseł „Marillion tylko z Fishem” (i na odwrót) są często nieświadomi jej istnienia. Ale od tego w końcu jest ten blog. Kto nie słyszał – niech nadrabia!

The following two tabs change content below.

rajmund

Lokalny Ojciec Dyrektor, gramatyczny nazista, ejtisowy cyborg, wcale nie hipster. Jarają go szczególnie cyberpunki, rudości, macki, ejtisy i szeroko pojęta elektronika. Bez muzyki umiera, w ciszy wariuje, a jak jeszcze w pobliżu nie ma wi-fi...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *