Fischerspooner – Odyssey

Gdy w 2005 roku trafiła do mnie płyta z dziwaczną okładką, zatytułowana „Odyssey”, chyba już po pierwszym przesłuchaniu pomyślałem: „Mój borze, jakichś dwóch Niemców nagrało najchwytliwszy krążek w historii wszechświata!”. Potem dowiedziałem się, że Warren Fischer i Casey Spooner wcale nie są Niemcami, a „Odyssey” to już ich druga płyta. Z chęcią sięgnąłem więc po poprzednią i jak na krążek, który pierwotnie miał się nazywać „Best Album Ever”, mocno się zawiodłem. W głowie zostało na dłużej tylko „Emerge”, wróciłem więc do albumu z 2005 roku i tak sobie wracam do niego co jakiś czas aż po dziś dzień.

Nie wiem, dlaczego nie znacie „Odyssey”.

W moim idealnym świecie byłaby to jedna z przełomowych płyt XXI wieku, która nadała kształt całej muzyce popularnej następnych lat i wyciągnęła tzw. „electroclash” z hipsterskich klubów na mainstreamowe salony (chociaż podobno ten krążek bliższy jest electropopowi, ale nie wiem, nie znam się). Bo Fischerspooner są do takiej wysokobudżetowej kariery wręcz stworzeni. Przemyślany image, wyciągający z szafy najbardziej kiczowate patenty lat osiemdziesiątych, eksperymentalne, dzikie show na żywo, ale przede wszystkim: genialne piosenki.

A „Odyssey” to nie jest jakaś garażowa produkcja, którą dwóch modnisiów o niesprecyzowanej orientacji seksualnej wyprodukowało w sypialni na swoich MacBookach (ZANIM to się stało modne), lecz efekt wyraźnie słyszalnej, dwuletniej pracy z takimi ludźmi jak David Byrne (na wszelki wypadek: Talking Heads; autor tekstu do „Get Confused”) czy Mirwais Ahmadzaï (stały współpracownik Madonny na płytach „Music”, „American Life” i „Confessions on a Dance Floor”). Ale podkreślę raz jeszcze: najważniejsza jest tu sama muzyka.

Uzależniająca i nie mająca żadnych słabszych momentów.

Bo po latach przekonałem się nawet do najmniej wyrazistych „A Kick in the Teeth” i „Ritz 107”. Pierwszy wydawał mi się kiedyś zbyt monotonny, bujający rytm elektronicznego loopa to za mało. Z czasem odkryłem jednak urok tkwiący w refrenie I, I’m looking for a pill / Something to ease my will. Z kolei „Ritz 107” jakoś odstawał mi od reszty tą swoją oniryczno-niepokojącą atmosferą. Ale może to właśnie dobre wprowadzenie przed „All We Are” – prawdziwie poruszającą balladką z tak prostym, powtarzanym do znudzenia na tle pianina Wurlitzera We are as one and one is all we are – ale czy trzeba czegoś więcej?

Dobra, ale koniec smętów, robimy balangę – i to konkretną.

Największymi (ale wciąż zdecydowanie zbyt niedocenionymi) hitami tej płyty były single „Just Let Go” i „Never Win”. Ten otwierający krążek rozpoczyna się od elektronicznych bulgotów, z których wyłania się elektroniczna jazda, w której nie brak jednak gitarowej solówki – miła odmiana pośród syntezatorowych plumkań, którymi duet bezwstydnie zarzuca nasze uszy w każdym utworze, a każdy z nich pozostanie w nich na dłużej. Z kolei „Never Win”… Będziecie mnie hejtować za te skojarzenia, ale melodia refrenu tego utworu zawsze przypominała mi „Another Brick In The Wall, Part 2” Pink Floydów. Z kolei gdy wchodzi właściwa zwrotka, wokal Caseya przywodzi mi na myśl późnego (albo dla bezpieczeństwa: solowego) Nivka Ogre’a.

Singlem ostatniej szansy był chyba najbardziej udany utwór z tej trójki, hiper taneczny „We Need a War”, w którym na równi z hipnotyzującym beatem angażuje nas cyniczny tekst. Fischerspooner to w ogóle klasa sama w sobie, jeśli chodzi o łączenie inteligentnych melodii z równie przemyślaną warstwą słowną. Dowodem na to przeoczona perła „Odyssey”, która być może wywindowałaby ten album do komercyjnej ekstraklasy, gdyby tylko dano jej singlową szansę. No bo jak zignorować taką kompozycję jak „Cloud”? Z tym bujającym elektrobasem, falsetowym dwugłosem w refrenie i dramatycznym bridge’em.

Kto pracuje w tym EMI, że nie wybrał tego na lead singiel?

Everything adds up to a truth
Maybe now, I can know me too
I have you now
Where you should be
You are mine now
But I lost me, I‘m a cloud

To nie koniec. Zaraz za „Cloud” stawiam w rzędzie najchwytliwszych momentów tego i tak ultra przebojowego krążka „Get Confused”. Szum starej płyty winylowej, kosmiczne klawisze, przewijające się przez resztę utworu, dialog Spoonera z samym sobą, gdzie jego własny głos odpowiada mu z oddali na pytania w stylu „czy lubię uczucie niepewności? czy jestem w niebezpieczeństwie? czy mogę sobie z tym poradzić?”, no i wreszcie ten uzależniający refren. Służył mi za dzwonek w telefonie przez ładne parę miesięcy, a wciąż nie mam go dość (bo najprostsza droga do znudzenia się ulubioną piosenką, to ustawić ją na dzwonek). Pod koniec dostajemy nawet iście jethrotullowską solówkę na flecie. Szaleństwo w czystej postaci.

Po takich fajerwerkach płyta już nieco spuszcza z tonu, ale bynajmniej nie obniża poziomu. Psychodeliczny „Wednesday” czepia się dzięki powtarzanemu w tle „double it, double it”, „Happy” to ot, electropopowa pioseneczka z kolejnym sympatycznym refrenem. O finale już mówiłem. Konstrukcja albumu też zatem świadczy o jego przemyślanym charakterze. Nie zanudzić słuchacza hitami na jedno kopyto to też sztuka – choć to chyba jeden z tych problemów, przed którymi chciałaby stanąć większość artystów.

„Odyssey” to płyta jedyna w swoim rodzaju.

Niby takich electro ejtisów powyrastało na pęczki, ale mało który z nich potrafił stworzyć cały album godny zachwytu. Album, na którym obok talentu kompozytorskiego docenimy również inteligencję jego twórców. Gdzie uzależniające melodie syntezatorów pojawiają się w towarzystwie żywej perkusji i gitary. Weźcie więc swoje ulubione momenty z płyt IAMX czy innego Empire Of The Sun, pomnóżcie razy sto i nawet nie zastanawiajcie się, czy warto po Fischerspoonera sięgać. W idealnym świecie to ta płyta wyznaczyłaby standardy na całą dekadę, a nie przereklamowany gniot Daft Punku z zeszłego roku. Bierzcie i imprezujcie przy tym wszyscy. Can we do it? Sure we can.

The following two tabs change content below.

rajmund

Lokalny Ojciec Dyrektor, gramatyczny nazista, ejtisowy cyborg, wcale nie hipster. Jarają go szczególnie cyberpunki, rudości, macki, ejtisy i szeroko pojęta elektronika. Bez muzyki umiera, w ciszy wariuje, a jak jeszcze w pobliżu nie ma wi-fi...

6 komentarzy do "Fischerspooner – Odyssey"Dodaj swój →

  1. A tak nawiasem to dzięki tej płycie jakąś cegłę Motoroli chyba żeś wygrał kiedyś na lansie XD

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *