Filter – The Sun Comes Out Tonight

Tutaj wielkiego powrotu nie było. Filter, czyli – przypomnijmy – industrial rockowy zespół eks-gitarzysty Nine Inch Nails, Richarda Patricka – zaliczył takowy już w 2008 roku, wydając po sześcioletniej przerwie bardzo słaby krążek „Anthems for the Damned”. Na szczęście szybko się zrehabilitował i już wydany dwa lata później „The Trouble with Angels” trzymał wysoki poziom, co już kiedyś chwaliłem. Niestety, mimo wielu pozytywnych recenzji, nie sprzedał się najlepiej, także nie dziwi, że „The Sun Comes Out Tonight” znowu okazał się krążkiem dość kiepskim…

Ale od początku. Prace nad nową muzyką Rychu zaczął jeszcze w 2011 roku, chwaląc się, że szykuje jednocześnie dwie płyty. Pierwsza z nich, zatytułowana „Gurney”, miała być najcięższym krążkiem od czasu debiutanckiego „Short Bus” (jak każda płyta Filtera z ostatnich lat – przynajmniej według jego wstępnych zapowiedzi). Druga, „Burning the Books”, miała dla odmiany prezentować bardziej przebojowe oblicze Filtera, czyli z rejonów krążka „Title of Record”. Dość szybko Patrick zmienił zdanie i uznał, że obie płyty połączy w jeden projekt: „Gurney and the Burning Books”. Cały czas jednak zarzekał się, że wyda album własnym sumptem, aby zapewnić sobie artystyczną niezależność. Z tego w końcu też się wycofał – we wrześniu 2012 podpisał kontrakt z Wind-up Records: wytwórnią specjalizującą się w amerykańskim „roczku” dla mas (Creed, Evanescence, Finger Eleven i tego typu pitolenia). Coś zaczęło mi świtać, że chyba jednak nie będzie to taki wspaniały, mocny materiał…

Rychu porównywał nowe dzieło do „Short Bus” już na etapie nagrań: tak jak tamten krążek skomponował wyłącznie z Brianem Liesegangiem i automatem perkusyjnym, tak przy „The Sun Comes Out Tonight” rozkład prac wyglądał identycznie – tyle że Lieseganga zastąpił Jonathan Radtke. Gitarzysta znany wcześniej z Kill Hannah dołączył do Filtera na trasie promującej „The Trouble with Angels” i teraz odgrywał czynną rolę przy powstawaniu nowego materiału. A ten rzeczywiście zapowiadał się z początku nieźle. Udostępniony w pierwszej kolejności „We Hate It When You Get What You Want” to przebojowy utwór w Filterowym stylu, w którym nie zabrakło ani charakterystycznego wrzasku Rycha, ani elektronicznych wtrętów (których niedosyt można było odczuć na poprzednim albumie). Pierwszy singiel, „What Do You Say”, to znów pełen czadu hicior, wykrzyczany jeszcze głośniej, z bardziej wyeksponowaną gitarą i industrialnym wiertłem. Nie jest źle – niestety, już trzeci kawałek na płycie zaczyna zgrzytać.

„Surprise” to kolejny raz, kiedy Patrick próbuje stworzyć komercyjną balladkę na miarę „Take A Picture” – przeboju z „Title of Record”, który zapewnił tamtej płycie platynową sprzedaż i uwagę mainstreamowych stacji radiowych. Na poprzednim krążku Filter straszył przesłodzonym „Fades Like a Photograph”, tutaj taką rolę pełni akustyczny „Surprise” z cukierkowym klawiszem i wygładzonym wokalem Patricka. Ale to dopiero początek. Tytułowy utwór wita nas najbardziej chamskim autotunem z możliwych. Potem niby wchodzi gitara, ale wciąż jest to „industrial rock” na poziomie Linkin Park. Szczyt infantylności zespół osiąga w podelektronizowanej balladzie „First You Break It”. Wokalista wielokrotnie stwierdzał w wywiadach, jak dumny jest z tekstów na tym albumie, do których zainspirowały go m.in. rządy prezydenta Obamy (Filter spłodził już jedno nad wyraz upolitycznione dzieło – patrz: „Anthems for the Dead”), strzelanina w szkole w Newtown czy też własne doświadczenia z uzależnieniami. Cóż, tekst powtarzanego do zarzygania refrenu „First you break it then you fake it / Try and pass it up like we won’t know” na pewno powodów do dumy nie dostarcza. Ogólnej sytuacji nie poprawiają też jakby skradzione z ostatniej płyty Jareda Leto chórki.

Przytoczyłem najbardziej spektakularne porażki, ale nawet pośród tych mocniejszych, nie tak odpychających kawałków, pełno kompozycyjnej mielizny. „Take That Knife Out of My Back” to znowuż sam już nie wiem która próba skopiowania ulubionego przez fanów „Hey Man, Nice Shot”. Dochodzę do „Self-Inflicted”… Zaraz, to już koniec płyty, zapętliło się? Przecież identycznie zaczynało się „What Do You Say”. Także Rychu w swoich autoplagiatach sięga nie tylko do płyt sprzed lat… Tym bardziej należy docenić za odwagę „It’s My Time” – kompletnie nietypową dla Patricka balladę, którą wyśpiewał przy akompaniamencie samego fortepianu. Inna sprawa, czy można ten eksperyment zaliczyć do udanych – „Please, please, not me / But it’s my time”… Cóż, do jakiegoś pompatycznego amerykańskiego filmu o wojnie w Iraku pewnie by pasowało.

Filter nigdy nie był jakimś szczególnie wyszukanym zespołem: niezależnie od tego, czy Rychu śpiewał o piciu zimnego piwka, czy próbował przekazać żale i frustracje amerykańskich żołnierzy, od jego niegdysiejszego pracodawcy z zespołu z dziewiątką w tytule dzieliły go całe lata świetlne. Nie zmieniało to jednak faktu, że na ogół jego muzyki słuchało się bardzo sympatycznie. Niestety, „The Sun Comes Out Tonight” to pozbawiona pomysłów, kolejna desperacka próba dotarcia do amerykańskich mas. Najlepiej świadczy o tym naklejka na okładce, z której wali po oczach cytowany tweet Trenta Reznora – zupełnie jakby Rychu zdawał sobie sprawę, że zawsze będzie żył w jego cieniu i nic lepiej nie przyciągnie do niego uwagi niż rekomendacja mistrza…

The following two tabs change content below.

rajmund

Lokalny Ojciec Dyrektor, gramatyczny nazista, ejtisowy cyborg, wcale nie hipster. Jarają go szczególnie cyberpunki, rudości, macki, ejtisy i szeroko pojęta elektronika. Bez muzyki umiera, w ciszy wariuje, a jak jeszcze w pobliżu nie ma wi-fi...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *