Failure – Fantastic Planet

Jest na drugiej płycie A Perfect Circle jedna piosenka, którą praktycznie zawsze omijam. „The Nurse Who Loved Me”. Z racji tego, że jest to cover, przez lata nie czułem najmniejszej potrzeby sprawdzania zespołu, który oryginalnie wykonuje ten utwór. Przez ten niefortunny zbieg wydarzeń bardzo długo pozostawałem głuchy na twórczość Kena Andrewsa, w tym jego najważniejszy zespół. Mimo że nazywa się tak uroczo i zachęcająco: Failure.

Zespół powstał na początku lat dziewięćdziesiątych z inicjatywy wspomnianego Kena Andrewsa i jego współlokatora, Roberta Gaussa. Do pełni szczęścia brakowało im basisty, którym ostatecznie został znaleziony przez ogłoszenie Greg Edwards. Debiutancki krążek Failure, „Comfort”, ukazał się już w 1992 roku. Produkował go Steve Albini, a że i Andrews potrafi zabrzmieć jak zaginiony brat bliźniak Cobaina, nietrudno domyślić się, jak to wszystko brzmiało. Kolejny album, „Magnified”, kapela promowała licznymi koncertami u boku Toola.

Stąd związek Failure z Maynardem Jamesem Keenanem.

Andrews i Keenan musieli się nieźle dogadywać, bo Ken zrobił Toolowi pierwszy teledysk („Hush”), a już w 1995 roku zaprosił Maynarda do swojego efemerycznego projektu Replicants (Andrews to jeden z tych muzyków, którzy mieli więcej projektów niż wiele zespołów nagrało płyt). Na jedynej płycie Replikantów, wypełnionej coverami ulubionych artystów Andrewsa, pojawiło się ich wspólne wykonanie „Silly Love Songs” Paula McCartneya. A już rok później Failure wydało swój łabędzi śpiew, „Fantastic Planet”. Space rockowa, post grunge’owa, najntisowa alternatywa, która od lat trafia do wszelkiej maści zestawień najbardziej niedocenionych albumów tamtej dekady.

Już sama okładka tej płyty wskazuje, że będziemy mieć do czynienia z czymś dziwnym, choć jednocześnie idealnie wpisuje się w trendy połowy lat dziewięćdziesiątych i wcale bym się nie zdziwił, znalazłszy ją na półce dorastającego w tamtych czasach nastolatka. Nieźle pasuje też chyba do zespołu, który nazwał swoją płytę na cześć francuskiej, surrealistycznej animacji, przy której pracował Roland Topor. Ale co zrobić, ta płyta ma naprawdę kosmiczne brzmienie i chwilami do wręcz kosmicznych rozmiarów ją rozdmuchano. Siedemnaście utworów, bite sześćdziesiąt osiem minut niełatwej przecież muzyki…

No to zacznijmy od rodzynków.

Mój osobisty sprawdzian na otwieracz „Fantastic Planet” zdaje celująco. „Saturday Savior” to błyskawicznie wpadająca w ucho post grunge’owa piosenka godna – ostatni raz, obiecuję – wspomnianej Nirvany. Ta płacząca gitara, krzyk Kur… Kena Andrewsa, sympatyczne nawalanie perkusji i tekst, który może i należałoby rozpatrywać jako narkotykową alegorię, ale i w dosłownym znaczeniu doskonale spełnia swą rolę:

I’m never gonna say the words that you want
I’m never gonna feel the shame like you do
I’m never gonna stretch my shame to be with you
I only need you for a day

‚Cause I only wanna be your Saturday savior
I can be that Saturday savior
I will be your Saturday savior
I can be that impostor in your plan

Jeśli mamy rozpatrywać „Fantastic Planet” jako zapomniany album aspirujący do miana klasyki rocka lat dziewięćdziesiątych, „Saturday Savior” bezproblemowo daje mu do niej wstęp. Jak dla mnie radzi sobie w roli etatowego przeboju nawet lepiej niż singlowy „Stuck on You” (to dopiero niekomercyjne podejście: wrzucać na płytę hit na pozycji numer… piętnaście), notabene jedyny utwór Failure, który zdołał przebić się do mainstreamu.

Najlepiej radzą sobie na tym krążku te najbardziej „kosmiczne” piosenki.

„Solaris” (czy przypadkiem panowie ze Slipknot nie inspirowali się tym przy swoim „Vermillion”?), „Another Space Song” czy „Heliotropic”. Każda z nich ma coś ciekawego w brzmieniu, jest nietypowo wyprodukowana. Grunge’owy brud dystynktywnie podkreśla melodie ze szkoły Pixies. Mistrzostwem jest tu sześciominutowy „Heliotropic”, który bez problemu zabiera słuchacza na orbitę odległej planety, a potem zwraca go do domu jakimś kosmicznym laserem w atmosferycznym „Daylight”. Epickie zwieńczenie albumu, który… No właśnie, co z nim jest nie tak?

Może na przykład to, że te najciekawsze piosenki, które wymieniłem w poprzednim akapicie, to dopiero czwarta część płyty (materiał podzielono trzema przerywnikami – będę więc trzymał się tego podziału). Po „Segue 3” „Fantastic Planet” robi się rzeczywiście fantastyczne (bo nawet oryginalne „The Nurse Who Loved Me” już mnie tak nie odpycha), ale sami chyba przyznacie: rozbudzać album dopiero po czterdziestu minutach to lekka przesada. To nie jest tak, że wcześniej ta płyta jest jakaś słaba – nie, wcale nie. Przecież pierwsza część, czyli „Saturday Savior” i „Sergeant Politeness” (warto było, by ten utwór powstał, chociażby po to, aby potem mogła go coverować Melissa Auf der Maur) to – jak już przyznałem – istne wejście smoka.

W akcie trzecim mamy przecież „Solaris” i schizowe, brudne „Dirty Blue Balloons”, które chce udawać akustyczne pitolenie, ale burzy sielankę ciągłymi przesterami. No i post hardcore’owy hymn „Pitiful”. Wychodziłoby, że spokojnie można było sobie darować akt drugi (może poza czadowym „Pillowhead”). Odchudzenie wyszłoby tej płycie zdecydowanie na zdrowie i wtedy może rzeczywiście mówilibyśmy o arcydziele lat dziewięćdziesiątych. Bo klimat jest tu niesamowity, kompozycji udanych nie brakuje, produkcja przykuwa uwagę. Ale wszystko to niezasłużenie traci na rozwodnieniu materiału mieliznami.

Jednak ani Andrews, ani Edwards (który pełnił na tej płycie słyszalnie ważniejszą rolę niż wcześniej) Cobainem czy Blackiem nie są.

Co nie zmienia faktu, że „Fantastic Planet” jest krążkiem zdecydowanie wartym uwagi, który pasuje jak ulał do mojej misji przypominania płyt zapomnianych i niedocenionych. Happy end jest taki, że Failure się niedawno reaktywowali po siedemnastu latach i właśnie majstrują nowy krążek. A jak się wciągniecie, nie zapominajcie o niezliczonych innych projektach Kena Andrewsa: ON, Year of The Rabbit, Digital Noise Academy…

The following two tabs change content below.

rajmund

Lokalny Ojciec Dyrektor, gramatyczny nazista, ejtisowy cyborg, wcale nie hipster. Jarają go szczególnie cyberpunki, rudości, macki, ejtisy i szeroko pojęta elektronika. Bez muzyki umiera, w ciszy wariuje, a jak jeszcze w pobliżu nie ma wi-fi...

0 komentarzy do "Failure – Fantastic Planet"Dodaj swój →

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *