The Dreaming – Rise Again

Stabbing Westward zaczynali jako całkiem solidna industrial rockowa ekipa. Dokumentują to wczesne dema, ale i debiutanckie „Ungod”. Jednak z każdym kolejnym krążkiem łagodzili swoje brzmienie i kierowali coraz odważniej w stronę mainstreamu. O ile „Wither Blister Burn & Peel” i „Darkest Days” to mimo wszystko bardzo sympatyczne płyty, doskonale odwzorowujące czasy, w jakich powstały, tak już słabiutki album z 2001 roku uderzał niebezpiecznie blisko rejonów Savage Garden. Dokąd by ta droga poprowadziła dalej, nie mieliśmy okazji się przekonać, bo zespół wziął i się rozpadł. A na jego miejsce pojawiło się The Dreaming.

Mam mieszane uczucia co do poprzednich dwóch krążków tego zespołu (który ze Stabbing Westward łączy osoba frontmana, Christophera Halla).

Wokalista co prawda nawrócił się na rock i odszedł od popowych pościelów, ale zaczął czerpać ze stylistyki emo, co nie wypadało zbyt przekonująco. Osobiście wyżej niż dwa dotychczasowe długograje The Dreaming stawiam ich pierwsze EP-ki, które zresztą do dziś służą im za bazę materiałową. Najlepiej porównajcie sobie albumową i EP-kową wersję „Let It Burn”. To dobrze zobrazuje zarysowany przeze mnie problem. Ponoć pierwsze dwie płyty The Dreaming – podobnie jak ostatni krążek Stabbing Westward – były kompromisem wymuszanym przez wytwórnię. „Rise Again” jednak od początku przykuło moją pełną uwagę, a to za sprawą nowego składu The Dreaming.

Otóż do Christophera Halla dołączył Walter Flakus, oryginalny współzałożyciel Stabbing Westward. Biorąc pod uwagę, że bębni z nimi też Johnny Haro (zastępujący przez chwilę w Stabbing Westward Andy’ego Kubiszewskiego), mamy w zasadzie do czynienia z reaktywacją starego zespołu. Jeśli dodam, że obecnie uzupełnia go niejaka Franccesca De Struct, okaże się, że pod niektórymi względami aktualna konfiguracja The Dreaming bije dowolne wcielenie Stabbing Westward.

Podstawowe pytanie: czemu więc „Rise Again” podpisano takim a nie innym szyldem?

Winna wszystkiemu jak zwykle biurokracja. Muzycy nie mają praw do używania starej nazwy. Sami zresztą twierdzą, że wolą trzymać się The Dreaming niż rozpamiętywać przeszłość. Pewnie dlatego nie zdecydowali się np. na manewr naszego Glacy, który debiutancki krążek My Riot nazwał „Sweet Noise”. Niech im będzie, ale my wiemy swoje. Odpalcie sobie klip do singlowego „Alone” powyżej. Jeśli ta sekcja rytmiczna nie brzmi jak Stabbing Westward, to już nie wiem, co będzie brzmieć. Do tego charakterystyczny krzyk Christophera Halla, klimatyczne niuanse Waltera Flakusa i typowy dla nich tekst, który spokojnie mógłby robić za nowe „Save Yourself”:

You tried to live among them
Pretending you were just another sheep
But they treat you like an alien
Sensing that you’re different underneath
So you made your life a fortress
Built a wall around your broken heart
But now the walls are crumbling
The isolation’s tearing you apart

To jednak najbardziej ewidentne nawiązanie do starego brzmienia. Owszem, znający na pamięć dyskografię Stabbing Westward fani doszukają się znajomych smaczków. Jak np. wstęp do „Painkillers”, przywodzący na myśl „Lies”, tu jakiś riff, tam jakiś efekt skojarzy się z czymś innym. To jednak w głównej mierze wciąż The Dreaming. Słychać to wyraźnie w najbardziej gitarowych „Kisses Taste Like Death” (niestety, także w warstwie tekstowej) czy „Blink of An Eye”. Od razu jednak rzuca się w ucho powrót Waltera Flakusa, dzięki któremu piosenki pływają w znacznie gęstszej elektronice, a tego właśnie w The Dreaming brakowało najbardziej. Dzięki temu o wiele ciekawszy wydaje się przebojowy „Empty Promises”. Do tej pory narzekałem też na odgrzebywany na pełnowymiarowych albumach materiał z EP-ek.

Tymczasem nagrany na nowo „Afraid” z pierwszej małej płytki zespołu na „Rise Again” brzmi o wiele pełniej i po prostu lepiej.

Niestety, mroku z początków Stabbing Westward czy nawet z „Darkest Days” bardzo tu niewiele. Jak już pojawia się smutniejszy „Throw It Away”, o wiele bliżej mu do emo-pieśni The Dreaming niż, dajmy na to, „Sometimes It Hurts”. Na szczęście to tylko jedna taka wpadka, a zamykające krążek „Destroy” i „Rise Again” to udana rehabilitacja. Zwraca uwagę zwłaszcza tytułowy kawałek, pełen siły i pozytywnej energii. Kolejny raz też potwierdza, że nowemu / staremu zespołowi Halla o wiele lepiej w nowym brzmieniu, za które obok Flakusa odpowiada znany i lubiany w industrialnych kręgach producent, Rhys Fulber.

Mam wrażenie, że „Rise Again” to trochę płyta przejściowa. Zespół wreszcie wyzwolił się spod dyktanda źle dobranych wytwórni, uporał się z personalnymi roszadami, a Hall powoli przypomina sobie dopiero, jak się pracowało z przyjacielem sprzed lat. Nie zmienia to jednak faktu, że to najlepsza propozycja od The Dreaming. Nie tak bliska Stabbing Westward, jak by się chciało, ale zmierzająca w dobrym kierunku. I czuję, że następny album będzie dopiero ciekawy.

The following two tabs change content below.

rajmund

Lokalny Ojciec Dyrektor, gramatyczny nazista, ejtisowy cyborg, wcale nie hipster. Jarają go szczególnie cyberpunki, rudości, macki, ejtisy i szeroko pojęta elektronika. Bez muzyki umiera, w ciszy wariuje, a jak jeszcze w pobliżu nie ma wi-fi...

2 komentarzy do "The Dreaming – Rise Again"Dodaj swój →

  1. Ufff. Już myslałem po pobieżnym przeczytaniu nagłówka, że recenzujecie jakąś płytę Rise Against. The Dreaming rzeczywiście, kierunkowo w stronę Stabbing Westward. Bardzo przyjemne.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *