Combichrist – This Is Where Death Begins

Andy LaPlegua – ta postać pojawiała się na tym blogu tyle razy, że powinna dostać swój osobny tag. Osoba ta jest na tyle barwna w kwestii nie tyle wyglądu, a angażowania się w różne projekty muzyczne – od melodyjnego i chłodnego futurepopu poprzez rytmiczny powernoise aż po… rock and roll (i to nie ściema – obadajcie sobie jego projekt o nazwie „Scandinavian Cock”). Jak się z pewnością domyślacie, czeka was dzisiaj kolejna odsłona gry „(w) co gra Andy?”.

Najnowszą propozycją spod szyldu Combichrista jest album „This Is Where Death Begins”. Powiem szczerze – to była dziwna sytuacja. Nie pojawiały się żadne oficjalne zapowiedzi, żadne gry słowne czy inne tajemnice. Ot pewnego dnia, niczym grom z jasnego nieba, spadła na nas informacja, że (już) amerykańska kapela uraczy nas przed wakacjami nowym krążkiem (nie będę się wgłębiać w szczegóły związane z wersjami deluxe itp.). Oprócz takiej sobie okładki pojawiło się wideo z krótkimi fragmentami tego, czego mogliśmy się spodziewać. Przeżyłem wtedy niemałe zaskoczenie, niestety negatywne, które nie minęło…

Gdybym miał opisać swoją przygodę z Combichristem, to porównałbym ją trochę do kobiety. Na początku trochę „nieopierzona”, bez konkretnego celu. Czasem ostra i bezpośrednia, ale im bardziej ją poznawałem, to tym bardziej mi się podobała. Zaczęły się ostre imprezy, szaleństwo czy nawet układ „friends with benefits”, w którym seks był po prostu świetny (wiecie, trochę jak Deadpool i ta jego niewiasta). Wszystko się popsuło w momencie, gdy ta niewiasta powiedziała słowa „Kocham Cię” i zamiast świetnego stosunku możesz teraz jedynie liczyć na miernego handjoba papierem ściernym o grubości ziarna 120. Wybaczcie tę dosłowność, ale tak się czuję po przesłuchaniu tego albumu.

„This Is Where Death Begins” – nigdy nie sądziłem, że tytuł albumu tego projektu zgra się z rzeczywistością. To całkowita śmierć Combichrista jakiego znacie. Już nawet koncertują bez klawiszowca (który teraz będzie wspomagał Piga na trasie po USA), a na scenie jest gitarzysta, basista i dwóch perkusistów (albo jeden, nie wiem, jak się tam dogadują). Na krążku w wersji podstawowej znajduje się aż piętnaście utworów, które mimo wszystko razem zamykają się w czasie poniżej godziny. Nie wydaje mi się, aby było warto opisywać każdy utwór po kolei, gdyż zdecydowana większość brzmi wyjątkowo wtórnie, bez polotu i po prostu nudnie. „Glitchteeth” – na początku myślałem, że ten kawałek jest jakimś odniesieniem do kapeli 3TEETH, na szczęście się myliłem. Ogólnie to zaczyna się całkiem nieźle, bo w takim elektroniczno-mrocznym stylu. Rzeczywistość szybko jednak go weryfikuje i okazuje się po prostu długim wstępem do rockowej końcówki. Przy „Exit Eternity” głos Andy’ego wspomaga Ariel Leviatan (która również pojawia się w ostatnim utworze) z kapeli MXMS. Tutaj gitary prawie że nie słychać, a refren przypomina mi… ”Another Brick in the Wall”. Niemniej – kolejna miernota. „Skullcrusher”, do którego powstał lyric video, też męskich narządów płciowych nie urywa.

Potraficie sobie wyobrazić teledysk, w którym kilku motocyklistów odzianych w skóry przemierzają USA na swych chopperach? „Tired Of Hating You” idealnie wpasowałby się w tę konwencję. Możecie w to uwierzyć? Lepiej jest trochę z „Don’t Care How You Feel About It”, które do połowy brzmi niczym „Tupelo” Nicka Cave’a, a potem przeradza się w coś już bardziej na kształt Combichrista. Jedynym utworem, który nawet mi się spodobał, jest „Pay To Play”. W sumie to tylko z dwóch powodów: EBM-owych wstawek i gościnnego wokalu Chrisa Motionlessa z Motionless In White. Nie będę marudzić już nawet o to, że gdyby usunąć głosy, to można by ludziom wmawiać, że to wersja demo nowego kawałka Rammsteina.

Pod względem pomysłu i oryginalności to brzmi źle. Coś jak wypadkowa Marilyna Mansona, Rammsteina i jakiegoś do bólu amerykańskiego zespołu grającego dla rednecków-harleyowców. Nawet nie przesadzam – struktura niektórych utworów jest dokładnie taka. Jak tam więc kwestia techniczna? Andy przy krzykach brzmi jakby się zapowietrzał, perkusja jest ociężała. Gitary dopada ta sama przypadłość co bębny. Nie wiem jak Wy, ale ja strasznie się męczyłem słuchając tego krążka. Co dziwne, bo koproducentem jest Oumi Kapila z (obecnego) Filtera, zaś masteringiem zajął się Vlado Meller (to on „polerował” nagrania Red Hot Chili Peppers, SOAD, RATM czy nawet… Celine Dion). Najgorsza rzecz, jaka nie dawała mi spokoju przez cały odsłuch – elektronika. Noż jasna cholera, to już Slipknot miewał jej więcej w swoich utworach. Nic, powtarzam – NIC nie pozostało z charakterystycznego brzmienia Combichrista. Zero, null.

Widzicie, po to przesłuchałem tę płytę, aby przestrzec Was przed niepotrzebną stratą tej niecałej godziny na słuchanie najgorszego jak dotąd albumu Combichrista. Ciężko byłoby mi znaleźć jakieś ratujące ten krążek plusy. No nie wiem, może to, że komputer mi się przy nim nie zaciął czy coś. Oczywiście, sprawdzić możecie sami, nikt Wam tego nie broni, ale jest masa lepszych rzeczy do zrobienia – wyjść na powietrze i porzucać kamieniami w wegan albo postraszyć małe dzieci trylogią o „Ludzkiej stonodze”. Na koniec pozwolę sobie zacytować słowa pewnej osoby którą zna chyba cały internet: „szkoda strzępić ryja”.

PS A jeżeli chcecie sobie posłuchać naprawdę dobrego industrial rocka, to polecam najnowszą płytę Skolda.

The following two tabs change content below.

Danny Neroese

Nie przepada za mówieniem o sobie. Ekscentryk i samotnik. Ceni swój wyjątkowy gust muzyczny.

Ostatnie wpisy Danny Neroese (zobacz wszystkie)