Coil – Love’s Secret Domain

Jak już wspominałem przy moim wprowadzeniu w świat Coila przy okazji tekstu o „Ape of Naples”, dyskografia tego duetu przypomina rozrośnięte drzewo, w którym teoretycznie możemy wskazać kilka najważniejszych gałęzi, ale gdy zaczniemy przyglądać się odchodzącym od nich mniejszym gałązkom, momentalnie pogubimy się w rachunkach i dostaniemy tylko oczopląsu. Nie dajcie się więc zwieść, że „Love’s Secret Domain” to trzecia płyta Coil – w międzyczasie były przeróżne single (np. dość konwencjonalny „The Wheel”) oraz ścieżki dźwiękowe.

Tutaj przede wszystkim należy wspomnieć o nieszczęsnym soundtracku do słynnego „Hellraisera” Clive’a Barkera.

Coil wycofał się z projektu na chwilę przed tym, jak wytwórnia filmowa miała ich i tak od niego odsunąć. Na szczęście fantastyczne dźwięki zachowały się na płycie „The Consequences of Raising Hell: The Unreleased Themes for Hellraiser”, a też nie jest wcale tak, że filmowy „Hellraiser” pozostał bez wpływu dwójki naszych ulubieńców. Wiecie, skąd Barker wziął pomysł na kultowego Pinheada? Prawdopodobnie zainspirował się jedną z gazetek o wiadomej tematyce pożyczonych od Johna Balance’a.

W odróżnieniu od angielskiego pisarza horrorów, który dał złagodzić, przemontować i zamerykanizować swój filmowy debiut, Coil nigdy na kompromisy nie szedł. Mimo to opisywane tu „Love’s Secret Domain” można chyba uznać za najgłośniejszy i najbardziej znany album londyńskich ekscentryków. Wciąż daleko mu do brzydkiego słowa na „m”, za które zawsze dostaję po głowie od psyche_violet, trzeba jednak przyznać, że był nawet dość konwencjonalnie promowany: singlami „Windowpane” i „The Snow”, które nawet doczekały się teledysków. „Windowpane” to transowy przebój, w którym Balance z typową dla siebie liryczną finezją opiewa skutki zażywania LSD…

Gdybyście się jeszcze nie domyślili skąd wziął się tytuł tego krążka.

See microscopic
See world view
See the future
Leaking through
See the person
Who once was you

(…)

Gold is the sky
In concentrate
Power in its purest state
Power surge
Power will rise
Through the windows and
Through the skies

(…)

And if you want to touch the sky
Just put a window in your eye

Do tego budżetowy, ale klimatyczny teledysk w reżyserii Petera Christophersona z niezapomnianym tańcem Balance’a na plaży Złotego Trójkąta (azjatyckiego królestwa opium) i słoneczną kąpielą w rzece Mekong. Tak po prawdzie to zarówno beat tego utworu, jak i tajlandzkie widoczki z towarzyszącego mu klipu, wcale nie są tak odległe od Enigmy, która w tamtym czasie sprzedawała miliony egzemplarzy swojego debiutanckiego „MCMXC a.D.”. Mimo że singlowy remix „The Snow” autorstwa Jacka Dangersa z Meat Beat Manifesto również nie odbiegał od tanecznych klimatów przełomu dekad, wcale nie pomógł Coilowi w komercyjnym przebiciu się (może przez schizowy teledysk?). I pewnie całe szczęście. Był jeszcze klip do utworu tytułowego… Ale do tego wrócimy.

„Love’s Secret Domain” przyniosło wiele zmian po „Scatology” i „Horse Rotorvator”.

Widać to wyraźnie po przytoczonych przykładach i moich porównaniach, za które kiedyś pewnie oberwę w jakiejś ciemnej uliczce. Po próbach przetworzenia odpadów i odchodów w sztukę oraz industrialnej apokalipsie przyszła pora na płytę acid house’ową. Można by rzecz, że Coil przeniósł się z podziemnych imprez sado-maso na klubowe parkiety – ale nie przesadzajmy. Wciąż jest tu masa rytualnej energii, niepokojącej symboliki (spójrzcie na genialną okładkę Stevena Stapletona) i narkotycznych odjazdów. Jest szaleństwo w czystej postaci – bo nie wiem jak inaczej nazwać „Chaostrophy”. Stwórz najpiękniejszą piosenkę w swojej karierze – zagłusz 90% szumem, trzaskami radia i innymi efektami z piekła rodem. Witamy w Coilu (a konserwatystom polecam „dziewiczą” wersję „Pre-Original Chaostrophy” z bootlega „Songs of the Week”).

To płyta brzmiąca bardzo nowocześnie, mimo że ścinanie do granic możliwości to dość stara metoda. Samplowane patchworki, manipulacje dźwiękami, niezliczone efekty i przetworzenia. Słychać to tym wyraźniej, że „Love’s Secret Domain” to w dużej mierze krążek instrumentalny: „Disco Hospital”, „Where Even the Darkness Is Something to See”, „Further Back and Faster” – wszystkie stanowią po prostu zabawy dźwiękiem, w których owszem, mamy sporo poszatkowanych głosów ludzkich, ale pełnią one funkcję tylko kolejnych próbek dźwiękowych do rozciągania i przyspieszania.

Gdy w obu częściach „Teenage Lightning” pojawia się wreszcie głos Balance’a, brzmi jak robot z innej planety. Nawet gdy w nieoficjalnej części trzeciej tej kompozycji, „Lorca Not Orca”, słychać najorganiczniejszą na całym albumie, hiszpańską gitarę, wokal pozostaje bez zmian mechaniczny. Może jest więc w tym szaleństwie jakaś metoda? IDM-owcy, trance’owcy i inni techniawce inspirowali się takimi brzmieniami przez lata. Mnie tam z tych instrumentali zawsze najbardziej przekonywał dark ambientowy „Dark River”.

Szaleńcy lubią trzymać się razem.

Gościnne występy na „Love’s Secret Domain” od razu rzucają się w ucho. Little Annie (znana też jako Annie Anxiety) pojawiała się na płytach od The Wolfgang Press, przez Paula Oakenfolda, aż po ostatni album Swans (zaśpiewała w duecie z Girą w „Some Things We Do”). W Coilowym „Things Happen” (ulubiony utwór Zeala)… Cóż, jej monolog dość mocno wpływa na utrzymanie narkotycznej atmosfery.

Jest też Marc Almond, z którym Balance i Christopherson zawsze mieli dobre stosunki (później zrobili jeszcze razem utwór „The Dark Age of Love”). „Titan Arch” to niepokojący i złowrogi utwór, przypominający o czasach „Horse Rotorvator”. Może właśnie przez wyrazistość tych kompozycji (oraz singli) całe „Love’s Secret Domain” sprawia czasem wrażenie nierównego. Inni z kolei będą krzyczeć, że to najlepsza płyta Coila.

Myślę, że jej szaleństwo najlepiej tłumaczy utwór tytułowy. Psychodeliczna pieśń opętanych dźwięków i nawiedzonego Balance’a. Na tle pozostałych kompozycji, dość konwencjonalna w strukturze i brzmieniu. Ale tutaj z kolei układankę stanowią słowa: zapożyczone z „In Dreams” Roya Orbisona i wiersza „The Sick Rose” Williama Blake’a.

In dreams I walk with you..
In dreams I talk with you
In dreams..
You’re mine
All of the time

Oh rose, Thou art sick
The invisible worm
The vision and the void
The blood sickle cuts
And the honey sucks

Mad love, faktycznie.

Mało? Podobnie jak „Horse Rotorvator”, „Love’s Secret Domain” doczekało się swojego bliźniaczego towarzysza w postaci „Stolen & Contaminated Songs” – albumu z odrzutami, remiksami i innymi łakociami. Można się też rozejrzeć za wersjami demo, funkcjonującymi w postaci bootlegów „Love’s Secret Demise” i „The Side Effects of Life”. Balance i Christopherson kontynuowali eksperymenty z acid house’em, korzystając z szyldów ELpH i Eskaton.

Jako ELpH vs. Coil wydano album „Worship the Glitch” (jak wskazuje tytuł, bardziej glitchowy niż acid house’owy), gdzie znalazł się m.in. utwór „Dark Start” z (ledwo słyszalnym) gościnnym udziałem żony Aleistera Crowleya czy zniekształcony „Mono”, będący w rzeczywistości coverem „Bang Bang” Nancy Sinatry, do której Balance wróci w normalniejszej wersji na koncertach z Coilem (dokumentuje to koncertówka „Live Four” oraz bootleg „Selvaggina, Go Back into the Woods”). Uff. Tymczasem udanych zabaw w sekretnej domenie miłości.

The following two tabs change content below.

rajmund

Lokalny Ojciec Dyrektor, gramatyczny nazista, ejtisowy cyborg, wcale nie hipster. Jarają go szczególnie cyberpunki, rudości, macki, ejtisy i szeroko pojęta elektronika. Bez muzyki umiera, w ciszy wariuje, a jak jeszcze w pobliżu nie ma wi-fi...

3 komentarzy do "Coil – Love’s Secret Domain"Dodaj swój →

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *