Coil – Horse Rotorvator

Jako że wracamy do zespołu, który osobiście zajmuje u mnie jedno z najwyższych miejsc z możliwych (więcej w tekstach o płytach: „The Ape of Naples” i „Love’s Secret Domain”), pozwolę sobie na wstępie na odrobinę prywaty. Oto bowiem mija dokładnie 10 lat, odkąd poznałem Coila – zaczynając właśnie od „Horse Rotorvator”. Był to dla mnie jeden z tych albumów, które wywróciły do góry nogami cały mój muzyczny świat. Jego innowacyjność, wielowarstwowość, głębia dźwiękowa i tekstowa, to jedyne w swoim rodzaju uczucie, że oto obcujemy z czymś wyjątkowym… Nie ma tu ani jednego przypadkowego dźwięku. Każdy utwór to nawiązanie do czegoś, hołd oddany komuś.

Jest aż za wiele powodów, by nie dowierzać, że za rok stuknie temu krążkowi 30 lat.

Zacznijmy może od tego, że „Horse Rotorvator” to płyta, która nie miałaby szans powstać dzisiaj. Ba! To cud, że w ogóle powstała, nawet w latach osiemdziesiątych! I dowodzi tylko, że w tamtym czasie dosłownie wszystko było możliwe. Na przykład to, żeby dwóch naćpanych psycholi, którzy mieli już na koncie płytę z „rytualną muzyką do kumulowania męskiej energii seksualnej” oraz pełnoprawny debiut z gołym tyłkiem na okładce i dźwiękami, które momentalnie mogłyby posłać do psychiatryka, nagrało… kolejną płytę, do tego z budżetem w niczym nie ustępującym popowym superprodukcjom.

Na takiej zasadzie właśnie działała iście ekscentryczna wytwórnia Some Bizzare (sic!) prowadzona przez niejakiego Stevo Pearce’a. W późniejszych latach sytuacja z pieniędzmi nie wyglądała już tak różowo. Doszło nawet do tego, że pierwsze trzy „duże” albumy Coila doczekały się reedycji z wielkim napisem „Stevo, pay us what you owe us!” na okładkach. Nie zmienia to jednak faktu, że do dziś wydaje się niewyobrażalne, aby ktoś wykładał wcale niemałe pieniądze na tak jawnie niekomercyjne (należałoby wręcz powiedzieć „antykomercyjne”) wydawnictwa.

„Horse Rotorvator” to jedna z tych płyt, które można odkrywać latami i ciągle odnajdywać nowe rzeczy, nad którymi wypada tylko westchnąć z podziwem dla jej twórców.

Weźmy na przykład niejednoznaczny tytuł płyty, który kiedyś – zapewne ze względu na całą śródziemnomorską koncepcję tego albumu – kojarzył mi się z Bellerofontem, mitycznym herosem, który jako pierwszy zdołał ujarzmić Pegaza. Znacznie później natrafiłem na inną – bliższą prawdy – interpretację. Wiecie, co to za altana widnieje na okładce? Niby nic takiego, ot, sympatyczna miejscówka w Regent’s Park w Londynie. Tyle że w 1982 roku było to jedno z dwóch miejsc, gdzie IRA podłożyła bomby. Zginęło wówczas siedmiu żołnierzy – wraz ze swoimi końmi (jedno ze zwierząt, o imieniu Sefton, przeżyło i zostało telewizyjnym bohaterem). Taki to czarny humor lubili uprawiać panowie Balance i Christopherson.

Wspomniałem śródziemnomorską koncepcję – o co chodzi? Dowiadujemy się już w drugim utworze, uznawanym powszechnie za jeden z najlepszych w dorobku Coila. „Slur” to kolejny na długiej liście tekstowych majstersztyków Balance’a, znamienne są już jego pierwsze słowa:

Roman land
Of Roman sands
And Roman sons

As I watch the sun sink down
On the blood red edge
Of the blood red town
There are shadows for sale
On the edge of town

(…)

And I ask my lover
„Do you know
Where the desert roses
bloom and grow?”

Dalej roztaczana jest niezwykle plastyczna wizja.

Padają też poetyckie słowa, które można odczytywać jako przejaw homoseksualnych skłonności obu panów, ale przecież w starożytności takie historie zdarzały się na porządku dziennym. Warto dodać, że w tle słychać Marca Almonda z wspomnianego Soft Cell, a sam utwór doczekał się znacznie zwolnionej wersji wykonywanej kilkanaście lat później na koncertach (jedno z takich wykonań zostało udokumentowane na koncertówce „Live Three”). Drugim bezpośrednim związkiem z krajami śródziemnomorskimi jest kolejny klasyczny już utwór w repertuarze duetu: „Ostia (Death of Pasolini)”. To podniosła pieśń, która wyłania się z pozornie sielankowego cykania świerszczy nagranego w Meksyku.

Oczywiście Coil nie byłby Coilem, gdyby nie nagrano go w jakimś szczególnym miejscu, np. w okolicach piramidy Majów w Chichen Itza, która wielokrotnie spłynęła krwią składanych w ofierze młodych chłopców. Poświęcono ją kontrowersyjnemu włoskiemu artyście, Pierowi Paolo Pasoliniemu. Jeśli nie słyszeliście nigdy o jego ostatnim filmie pt. „Salò, czyli 120 dni Sodomy”, a ciekawi was, czemu był tak kontrowersyjny, to wyguglajcie sobie pojęcie „koprofagia” (tylko niech wam się nie kliknie przypadkiem zakładka „Grafika”).

„Ostia” opowiada o równie kontrowersyjnej i do dziś niejasnej śmierci Pasoliniego:

You can hear the bones humming
And the car reverses over
The body in the basin
In the shallow sea-plane basin

And the car reverses over
And his body rolls over
Crushed from the shoulder
You can hear the bones humming
Singing like a puncture

Killed to keep the world turning

Throw his bones over
The white cliffs of Dover
And into the sea, the sea of Rome
And the bloodstained coast of Ostia

Ciało Pasoliniego zostało znalezione w noc Wszystkich Świętych.

Miał zostać zabity przez siedemnastolatka, który został wcześniej wypatrzony przez reżysera na dworcu Termini, gdzie Włoch ponoć znajdował sobie „chłopców do towarzystwa”. Tym razem jednak trafił na trudny przypadek, chłopak bowiem nie był gotowy na tak agresywne zainteresowanie starszego mężczyzny i w efekcie go zamordował, a następnie uciekł skradzionym samochodem. Tak przynajmniej uważało się przez lata – dziś już wiemy, że Pasolini zginął najprawdopodobniej z przyczyn politycznych z rąk wynajętych morderców, zaś wspomniany siedemnastolatek był tylko kozłem ofiarnym. W 2005 roku wycofał swoje poprzednie zeznania i przyznał się, że nie mógł wyznać prawdy, bo grożono śmiercią jego rodzinie.

Tyle o Pasolinim, widać jednak na tym przykładzie, że kolejnym wątkiem, przed którym nijak nie uciekniemy omawiając „Horse Rotorvator”, będą motywy homoseksualne. No cóż, w końcu już na starcie słyszymy istną odę do seksu analnego pt. „The Anal Staircase”. Została ona wybrana nawet na „promujący” album singiel. Tekstowo wiecie już o czym tu jest mowa, skupię się więc dla odmiany na warstwie dźwiękowej, ta bowiem robi piorunujące wrażenie. Całość to iście piekielny miks wykreowany wokół sampla z baletu „Święto wiosny” Igora Strawińskiego. Pełno w nim krzyków i innych przerażających dźwięków, wziętych m.in. z domowego nagrania jednego fana, który przesłał zespołowi kasetę, na której… bawi się z synem

Gdy zaprezentowano go po raz pierwszy 29 maja 1913 roku w Paryżu, wywołał niemały skandal, dziś jest uważany za początek muzyki nowoczesnej.

Myślę, że podobnie jak jego forma musiała szokować na początku XX wieku, tak samo jego industrialno-schizofreniczne przetworzenie przez duet Balance / Christopherson musiało być przełomowe w latach osiemdziesiątych. Utworem zachwycał się m.in. sam John Peel, nie mógł jednak puścić go na antenie radiowej ze względu na dziecięce krzyki. Szkoda, że nie uświadomiono go, że to tylko fragmenty nagrania z zabawy.

Trzeba wyraźnie podkreślić, że pod względem brzmieniowym „Horse Rotorvator” to płyta znacznie wyprzedzająca swoje czasy, niesamowicie wizjonerska i bogata w najrozmaitsze efekty. Największe wrażenie robi w świadomości, że prawie wszystkie dźwięki wydobywają się tu z sampli i mają czysto syntetyczne pochodzenie (wyjątkiem są smyki i dęciaki). Peter Christopherson był jednym z pionierów samplingu, a na tym albumie doprawdy rozwinął skrzydła, do perfekcji opanowując obsługę takich ówczesnych cudów techniki jak E-mu Emulator II czy Fairlight CMI-II i III.

Syntezatory Fairlight stanowiły wówczas siłę napędową aranżacji wielu artystów (tutaj możecie pogłębić swoją wiedzę na temat ich działania), główną bolączką tak konstruowanych brzmień była jednak ich sztuczność. „Horse Rotorvator” ma totalnie odrealnione brzmienie, ale do dziś aktualne i robiące wrażenie. To za sprawą nietypowych, często nieprzewidzianych nawet przez samych twórców, konfiguracji, jakie stosował Coil. Posłuchajcie takiego „The First Five Minutes After Death”. Raz, drugi – nie wiem, ile wam będzie potrzebne, aby wyłapać wszystkie aranżacyjne niuanse, jakie tam zastosowano.

Nawet najdziwniejsze przerywniki – jak wzorowany na hiszpańskiej pieśni ludowej „Babylero” czy dość konserwatywny w swojej konwencji „Herald” – są tu jak najbardziej uzasadnione i mają swoje logiczne wytłumaczenie w budowaniu dramaturgii.

Nie brakuje jednak prawdziwych industrialnych mindfucków, których nie powstydziłaby się poprzednia płyta duetu.

„Penetralia” bezlitośnie wkręca się w mózg niczym wiertarka, ale prawdziwe szaleństwo rozpętuje się dopiero na drugiej stronie oryginalnego winyla. Do odjechanego i pełnego perwersyjnej ekstazy (You get eaten alive by the perfect lover!) „Circles of Mania” Coil zaprosił jeszcze innego dźwiękowego schizofrenika, legendarnego J.G. Thirlwella – efekt jest fascynujący i przerażający zarazem. Generalnie druga strona „Horse Rotorvator” mogłaby stanowić idealną ścieżkę dźwiękową po wszystkich piekielnych kręgach. Chwilę ulgi przynosi tylko podniosły „Who By Fire” – cover Leonarda Cohena (i znów Marc Almond w tle). Ale to tylko chwila, bo już w „The Golden Section” słuchamy Paula Vaughana, lektora BBC, czytającego esej Hakima Beya, w którym wyłożone zostały wyobrażenia na temat śmierci największego sufickiego poety, Rumiego.

Tutaj oczywiście znowu powinienem zacząć snuć opowieść o samym Rumim, o powiązaniach Coila z Hakimem Beyem (ograniczę się do linku) i generalnie można by tak bez końca… Ale taki jest właśnie Coil. To dwóch artystów z krwi i kości, którzy jednocześnie byli doskonale obeznani w szeroko rozumianej historii kultury i doskonale nadawali się na otwieranie oczu i uszu na nieznane wcześniej artystyczne zjawiska. Dlatego resztę zabawy w odkrywanie nowego pozostawiam już wam. I tylko jeszcze raz, dla formalności, z całego serca polecę „Horse Rotorvator”. Nawet jeśli istnieje ryzyko, że po zagłębieniu się w ten album ktoś mógłby skończyć w psychiatryku.

The following two tabs change content below.

rajmund

Lokalny Ojciec Dyrektor, gramatyczny nazista, ejtisowy cyborg, wcale nie hipster. Jarają go szczególnie cyberpunki, rudości, macki, ejtisy i szeroko pojęta elektronika. Bez muzyki umiera, w ciszy wariuje, a jak jeszcze w pobliżu nie ma wi-fi...

Ostatnie wpisy rajmund (zobacz wszystkie)

0 komentarzy do "Coil – Horse Rotorvator"Dodaj swój →

Dodaj komentarz