Coil – The Ape of Naples

Po raz kolejny spełniam jeden z zamysłów, które trwały przy mnie od początków istnienia tego bloga, w tym przypadku nie miałem jednak nawet okazji na złożenie jakichś obietnic. Nie wiem, jak to się stało, że dopiero grubo ponad rok po wystartowaniu z Jeszcze tego nie słyszałeś poruszam temat Coila. Coil to dla mnie coś absolutnie wyjątkowego. Powiedzieć, że to „ulubiony zespół”, to mało i do tego trąci nieprzystającym do niego banałem. Uznawać siebie za „fana”… Coil nie ma fanów, Coil ma wyznawców. To jak religia, ideologia, stan umysłu i sposób na życie – ale pozbawiony wszelkich zniewalających ram, ograniczających doktryn. Zaklęty po prostu w fantastycznej muzyce.

Ci, co wiedzą, to już rozumieją. Pozostałym należałoby się kilka słów wyjaśnienia. Ale od czego tu tak naprawdę zacząć? O Coilu można by pisać encyklopedie (co mi się zresztą swego czasu marzyło). Samo opracowanie ich dyskografii to zajęcie na długi czas dla badacza z prawdziwym zacięciem. Kto to ten Coil? John Balance i Peter Christopherson, a także niezliczone grono przyjaciół i współpracowników, którzy pomagali im na przestrzeni lat. Kiedy tworzyli? Od wczesnych lat osiemdziesiątych do 2004 roku, kiedy działalność duetu zakończyła się raz na zawsze wraz ze śmiercią Balance’a (Christopherson zmarł sześć lat później). Co takiego grali? …

Bo widzicie, Coil mógłby stanowić idealną odpowiedź na pytanie, dlaczego tak nie cierpię szufladkowania muzyki.

Jeśli zacznę przerzucać etykietkami industrial, postindustrial, awangarda, neofolk, drone, ambient, noise, acid house… To od razu narzucę Wam jakiś sposób postrzegania, zamknę Wasze oczekiwania w jakimś pudełku. Tymczasem w Coilu zawsze chodziło o przełamywanie barier, eksperymentowanie, wymykanie się formom. Zamiast teoretyzować tę wyjątkową twórczość, należałoby jej po prostu posłuchać. Tylko że tutaj znowu pojawia się problem: Coil grał praktycznie wszystko.

Ich dyskografia (i jej kompletowanie) to zajęcie na lata. Długie. Jeśli traficie z początku na nieodpowiednie płyty, możecie się zrazić. Wątpię, aby start od krążka „Constant Shallowness Leads to Evil” z osiemnastoczęściową suitą „Tunnel of Goats”, będącą regularną noise’ową rzeźnią w trakcie przejażdżki po rollercoasterze, zachęcił Was do zgłębiania twórczości tego projektu. Na szczęście macie mnie, a – nie chwaląc się – paru Coilofili już z powodzeniem wykształciłem.

Jeśli nie wiadomo od czego zacząć, najlepiej zacząć od końca.

Tak jakoś na przestrzeni lat mi wychodzi, że najbezpieczniejszym startem dla każdego w świecie Balance’a i Christophersona jest ich pożegnalna, ostatnia płyta „The Ape of Naples”. Oczywiście mógłbym polecić na początek jakieś „the best of” (istnieje na przykład rosyjska, nieoficjalna składanka „A Guide For Beginners: A Silver Voice”), ale w przypadku zespołu, który nie miał nigdy żadnych „hiciorów”, singli i generalnie nie zaistniał w szerszej świadomości, o wiele sensowniejsze wydaje mi się polecenie bardziej praktyczne. A akurat „The Ape of Naples” doskonale podsumowuje wieloletnią twórczość Coila, zbiera w jednym miejscu większość ich motywów i pomysłów. Doskonałe zwieńczenie kariery, wymarzone „ostatnie pożegnanie” – i idealne miejsce do rozpoczęcia wędrówki.

Ciężko sobie wymarzyć lepsze rozpoczęcie krążka niż iście sakralna pieśń „Fire of the Mind” (która początkowo miała dać nazwę całej płycie). Kościelne organy od razu wprawiają w mistyczny nastrój, wymazują wszystko wokół nas i przenoszą naszą duszę na wyższy poziom świadomości. Wchodzi rytualna rytmika i podniosła melodia, aż głos zabiera ostatni prorok, któremu naprawdę zależy na poznaniu tajemnicy istnienia: Does death come alone or with eager reinforcements?.

Nie bawi się w ceregiele, nie głosi obłudnych haseł, ani nie żongluje pustą symboliką.

Mimo głębokiego uduchowienia, stać go na trzeźwy umysł: Death is centrifugal / Solar and logical / Decadent and symmetrical / Angels are mathematical. Ponad wszystko ceni prawdę, nawet jeśli nie jawi się zbyt optymistycznie: Angels are bestial / Man is the animal. Ma przy tym zdolność kreowania trafnych, chwytliwych metafor, z którymi łatwo identyfikować się jego przyszłym wyznawcom: The blacker the sun / The darker the dawn.

Jednak nie będę podejmował się tutaj interpretowania tych tekstów, niech każdy odnajdzie własną drogę do zrozumienia Coila. Na zachętę jeszcze kilka wersów z nowocześnie brzmiącego, pełnego elektronicznych zjaw i ambientowych pasaży „Heaven’s Blade”:

Inside the wound I found my wings
And walked away from this human skin
I asked the earth to open up the sky
To get inside and live with me for life
I stand before the sun
Rise up and see the shape of things to come

Nie chciałem mówić o tym na początku, ale jednak ciężko nie wspomnieć.

„The Ape of Naples” jest mimo wszystko swoistą kompilacją: utworów niewydanych, fragmentów koncertów, przeróbek znanego już materiału. Nie mówiłem o tym, bo to znowu narzuca jakiś sposób odbioru: „a tam, to tylko jakieś odrzuty i remiksy” – a wcale nie! Nawet pod tym względem album ten jest absolutnie wyjątkowy. Wszystkie utwory starannie dopracowano i stworzono jednolity, spójny monolit – żeby nie powiedzieć: pomnik. Nie znając twórczości Coila, w życiu byście się nie domyślili, że np. taki „Tattooed Man” to na nowo zmiksowana wersja wykonywanej wcześniej wyłącznie na żywo pieśni (dostępna na bootlegu „Selvaggina Go Back into the Woods”).

Kogo to zresztą będzie obchodzić, gdy da się ponieść przeraźliwie smutnej partii akordeonu, prowadzącej słuchacza przez szaleństwa tęsknoty. „The Last Amethyst Deceiver” to ostateczna interpretacja hipnotycznej mantry znanej z singla wydanego na okoliczność równonocy wrześniowej – bliższa wariacjom wykonywanym na koncertach niż studyjnemu oryginałowi. Z kolei „Teenage Lightning 2005” to powrót do motywu z przełomowej płyty „Love’s Secret Domain” – teraz bardziej wyciszony, stonowany, rozciągnięty do siedmiu minut, ale i wypełniony zupełnie nowymi zagrywkami i dźwiękami.

Wspominałem, że Coil nigdy nie zaistniał w świadomości szerszej publiki. Nie wyobrażam sobie zresztą, żeby mogło być inaczej.

Jego fenomen w dużej mierze opiera się w końcu na pewnej elitarności, aurze tajemnicy. Bardzo możliwe jednak, że stałoby się inaczej, gdyby ostatecznie doszło do wydania materiału znanego pod tytułem „Backwards”. Balance i Christopherson nagrywali go w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych w Nowym Orleanie pod bacznym okiem i czujnym uchem Trenta Reznora. Panowie zresztą prywatnie się kumplowali – do tego stopnia, że Christopherson udzielił liderowi Nine Inch Nails pełnego błogosławieństwa, aby ten pożyczył na potrzeby swojego pobocznego projektu tytuł debiutanckiego wydawnictwa Coila, „How to Destroy Angels”.

„Backwards” ostatecznie nigdy się nie ukazało, nagrania krążą od lat w formie bootlegów. Kilka z nich trafiło jednak w odświeżonych wersjach na „The Ape of Naples”. To te nieco odstające utwory, ukazujące Coila od bardziej szalonej, nieposkromionej strony. „It’s in My Blood” – nowa wersja opętańczego „A.Y.O.R.”. Tutaj w znacznie zwolnionej wersji, pełnej niezidentyfikowanych, syntetycznych zawodzeń, z szaleńczymi krzykami, przywodzącymi na myśl jeszcze „Horse Rotorvator”, czyli najbardziej industrialnie odjechane początki. „I Don’t Get It”, trochę lżejsza, lecz wciąż mocno schizowa wersja „Spastiche” z elektronicznym zawodzeniem. Z okresu „Backwards” pochodzi również oryginał „Heaven’s Blade”.

„The Ape of Naples” to wymarzona płyta na pożegnania, również na pogrzeb.

Nie brakuje tu mrocznych pieśni o ewidentnie funeralnym charakterze. W końcu w takich okolicznościach powstał ten zestaw. Nie dziwi więc minimalistyczne, przepełnione chłodem tytułowej celi odczytanie tradycyjnego „Cold Cell”. „Amber Rain” to znowuż Coil zakręcony, ale zakręcający się wokół własnej melancholii i desperackich klimatów rodem ze „Scatology”. Coil jak nikt potrafi przeszyć takim motywem środkowowschodniej fletni jak tutaj, do tego idealna jak zwykle interpretacja wokalna mistrza Balance’a. No i ten tekst, potwierdzający tylko, że Balance był zawsze gotów.

Amber rain is beautiful but wrong
Caught between weak and being strong
It seems these days the weaker ones survive
What an awful way to find out you’re alive

A dull warm red water falls
Flowing down to the sea
Where deeper darker waters wait for me

I don’t expect I’ll ever understand
How life just trickled through my hand

Czego więcej możemy oczekiwać po takim pożegnaniu? Jeszcze jeden utwór, zbierający w jedność aurę całej płyty, rozwiązujący kreowaną przez poprzednie dziesięć kompozycji dramaturgię. Utwór, który dziewięć lat temu otagowałem sobie na last.fmie jako „best song ever made”. Pompatycznie, naiwnie i prostacko, ale wciąż się z tym zgadzam. U kresu życia, gdy stajemy oko w oko z przerażającym nieznanym, od którego nie ma już ucieczki – nie wyobrażam sobie żadnego lepszego tła, które mogłoby temu towarzyszyć.

„Going Up”, zaśpiewane dramatycznym falsetem Francoisa Testory’ego.

Wymarzony finał. A jeszcze wsamplowane w tle słowa z ostatniego koncertu Balance’a nadają tej pieśni absolutnie wyjątkowego charakteru. Nieuchwytne, ulotne epitafium, zawieszone gdzieś między ziemską codziennością a wiecznością czegokolwiek, co oczekuje potem. I zupełnie przyziemną banalnością – bo pomyśleć, że przecież to „tylko” cover motywu przewodniego z jakiegoś brytyjskiego sitcomu…

„The Ape of Naples” to najlepsze zakończenie kariery z możliwych.

To po prostu pożegnanie z życiem wprost doskonałe. Jeśli kiedykolwiek chcieliście poznać tego legendarnego Coila, zastanawialiście się, od czego zacząć – na tej płycie jest wszystko, czego Wam potrzeba. Jeśli w ogóle nie słyszeliście wcześniej o Coilu – tym bardziej rzucajcie się na ten album. Bardziej doświadczeni Coilofile mogą odczuwać niedosyt eksperymentalnych jazd – specjalnie dla nich powstało swego rodzaju post scriptum, wydane trzy lata później „The New Backwards”. Ale to już tylko skromny dodatek, dopisek małym drukiem, bez startu do głównego dzieła. Arcydzieła.

The following two tabs change content below.

rajmund

Lokalny Ojciec Dyrektor, gramatyczny nazista, ejtisowy cyborg, wcale nie hipster. Jarają go szczególnie cyberpunki, rudości, macki, ejtisy i szeroko pojęta elektronika. Bez muzyki umiera, w ciszy wariuje, a jak jeszcze w pobliżu nie ma wi-fi...

3 komentarzy do "Coil – The Ape of Naples"Dodaj swój →

  1. rownie dobrze na poczatek bym puscil komus live video do „I don’t want to be the one” 😉 a tak na serio – na początek motoryczny „The Wheel” z singla wheel/wheal

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *