Carpenter Brut – EP III

Sequele filmowe ssą. Możemy się przerzucać przykładami, pewnie znajdziemy parę wyjątków – jak „Imperium kontratakuje”, „Mad Max” czy „Terminator” – jest ich jednak na tyle niewiele, że spokojnie możemy uznać je tylko za potwierdzenie tej reguły. Szukanie przyczyn takiego stanu rzeczy mogłoby pewnie stanowić pretekst do ciekawego tekstu naukowego, chociaż pod$$$tawowa przyczyna jest raczej dość oczywista. Na szczęście świat muzyki rządzi się nieco innymi prawami i tutaj dla odmiany nie zdziwiłbym się, gdyby po dogłębniejszym zbadaniu tematu wyszło, iż o wiele częściej najlepsze płyty artystów stanowią dopiero którąś z rzędu pozycję w ich dyskografiach. A co nam wyjdzie z tych rozważań, jeśli w świecie muzyki udamy się do krainy okupowanej przez dźwięki inspirowane i składające hołd dziełom filmowym?

Carpenter Brut przez jakiś czas pozostawiał mnie obojętnym. Wciąż uważam, że najciekawsza w kontekście jego pierwszej EP-ki jest okładka. Przez to jakoś specjalnie nie czułem parcia na sięganie po drugą (mimo że też ma bardzo fajny cover art). Gdy już jednak dałem jej szansę, zrozumiałem swój błąd. Ostatecznie przekonałem się do francuskiego muzyka za sprawą tego teledysku (fakt, że opublikowano go na Vimeo, a nie na YouTubie, powinien już zwrócić Waszą uwagę). Jak mawia przepowiednia z 2070 roku: „kochaj ejtisy, a sam będziesz kochanym” – no a jak jeszcze znasz się na japońskich schizach, nie ma szans, bym nie zwrócił uwagi. Carpenter Brut to nie popik La Cassette, to nie rozleniwiające melodie Timecop1983 wprost z Miami. Co już widać po nazwie, on woli horrory. W jego muzyce słychać oczywiście wpływy Johna Carpentera, ale i włoskiej szkoły Fabia Frizziego czy rozsławionego przez filmy Dario Argento Goblina.

Dodajcie do tego heavy metalową energię Perturbatora i jedziemy.

Mroźny, zimowy poranek. Odbieram do śniadania maila z Bandcampa – tak, już jest. Co godne pochwały, równocześnie w najpopularniejszych serwisach streamingowych. Od razu zapuszczam. Trzecia EP-ka Carpenter Brut rozpoczyna się mocno i z przytupem, ale to dopiero przy drugim utworze kopara opada mi do ziemi. Bo ja znam ten utwór! To jest motyw z czołówki mojego ulubionego serialu z lat osiemdziesiątych, rozgrywającego się na postapokaliptycznej Florydzie. Od razu widzę głównego bohatera z rozwianym blond włosem, który charyzmatycznie odwraca się w stronę widza, gdy wjeżdża podpis grającego go aktora. Widzę kolejne karty najważniejszych postaci: natapirowanego, rudego lachona w skórzanej zbroi z kolcami, łysego, półnagiego zwyrodnialca, pełniącego rolę głównego szwarccharakteru… I pies! Ten biedny pies, z którym nasz bohater przemierzał pustkowia.

Ten serial nigdy nie powstał, ale Carpenter Brut też go widział i przelał to do utworu „Paradise Warfare”. To materiał nie tylko do czołówki, ale i od razu do rozbudowanej wersji na limitowany winylowy soundtrack: bo w dalszej części budzi się saksofon (!!!), robi się wyciszenie przed totalną młócą… I znowu powrót do tego pięknego motywu, w którym zakochałem się na początku. Tym jednym kawałkiem byłem kupiony bez reszty.

Kolejna piosenka (tak, piosenka), która od razu zwraca uwagę, to „Anarchy Road”.

Zaśpiewał w niej gościnnie niejaki Jim, no i cóż – taki kawałek od razu rodzi niespotykaną chyba wcześniej w synthwavie okazję komercyjną – której Carpenter Brut zdaje się być w pełni świadom, bo utwór od razu doczekał się profesjonalnego teledysku (wyraźnie inspirowanego filmem „The Road”, którego jest zresztą wielkim fanem). Postapokaliptyczny przebój na miarę Kavinsky’ego? Słuchajcie sami, zanim stanie się zbyt mainstreamowy. Ale pomiędzy tymi dwoma killerami wcale nie jest nudno.

Znany już z wcześniejszych zapowiedzi „Run, Sally, Run!” to wymarzony, niepokojący temat do bardziej intensywnych scen naszego horroru. Uwielbiam zwłaszcza ten powracający jeszcze potem wstęp. „Turbo Killer” to znów konkretna młóca, ale i powrót brzmień organowych i znajomego vocodera. Czyli scena, w której znowu spotykamy ulubionych bohaterów z poprzedniej części naszej trylogii. Na deser: „Invasion A.D.”. Carpenter Brut jeszcze nie podejmuje rękawicy (na pewno Power Glove) rzuconej przez Perturbatora w tytułowym utworze na „Dangerous Days”, ale ten prawie siedmiominutowy soundtrack do apokalipsy wyraźnie wskazuje, że ten dzień się zbliża.

Twórca „Paradise Warfare” z podobną gracją żongluje motywami, przeplata aranżacje i w naturalny sposób buduje dramaturgię.

Aż po ostateczny koniec, pełen szumu, krzyków, aż w końcu już tylko ciszy. Capenter Brut również w podobny sposób zdaje się nie uznawać zjawiska tzw. „loudness war” – o ile jednak u Jamesa Kenta nie czynię z tego zarzutu, tak na EP-kach Carpentera mam wrażenie, że odrobina przestrzeni w miksie wyszłaby tylko na dobre.

Gdy robiłem podsumowanie zeszłego roku i napisałem, że Perturbator jest bezkonkurencyjny, ktoś mi w odpowiedzi wkleił właśnie EP-kę Carpenter Brut. Zostaję przy swoim, ale Carpenter mocno depcze po piętach Kentowi. Rozważania o tym, czy „EP III” przebija „EP II” to dyskusja o wyższości „Imperium kontratakuje” nad „Powrotem Jedi”. Wszyscy wiemy, że „Imperium kontratakuje” JEST lepsze, ale nie ma jednego bez drugiego. Pozostaje czekać na zapowiadane już koncerty i pełnowymiarową, kolejną płytę. Oby tylko nie skończył jak Gatekeeper i nie zaoferował nam „Mrocznego widma”.

The following two tabs change content below.

rajmund

Lokalny Ojciec Dyrektor, gramatyczny nazista, ejtisowy cyborg, wcale nie hipster. Jarają go szczególnie cyberpunki, rudości, macki, ejtisy i szeroko pojęta elektronika. Bez muzyki umiera, w ciszy wariuje, a jak jeszcze w pobliżu nie ma wi-fi...

9 komentarzy do "Carpenter Brut – EP III"Dodaj swój →

  1. Paradise Warfare rzeczywiście było spoko ale ogólnie jakoś CB dupy nie urywa. PW i bonus tracki z Trilogy spoko, reszta meh.

  2. Ciesze się ze znalazłem kogoś kto aż tak si mocno zagłębił w elektronikę i jeszcze to zrecenzował! Myślałem ze retro wave i tym pochodne tylko maly procent ludzi słucha takiej muzyki milo zobaczyć kogos z polski kto słucha Carpartera 🙂

    Zaprasza do mojego soundclouda w którym na przestrzeni miesiaca ukarze sie syntch popowa z mieszanka retro wave epka (mozna powiedziec ze podobnych klimatach) 🙂 Polecam przesłuchanie moich ostatnich dwóch setów które pewnie moga zaskoczyć swym klimatem

    Trzymaj sie tam i czekam na koleinę recenzje

    1. Masz rację: mało kto słucha synthwave’u, dlatego tyle o nim piszemy i promujemy na potęgę 🙂 Dzięki i pozdrawiam!

  3. Mi przeszkadza, że na każdej okładce są motywy satanistyczne, na tej z miastem jest budynek w kształcie odwróconego krzyża. Uważam się za osobę tolerancyjną ale umieszczanie motywów tego typu za każdym razem jest moim zdaniem zbyt nachalne, sorry. Muzyka sama w sobie jest w porządku, nawet bardzo.

  4. Słuchałem tego na spotify, wrzuciłem nazwę w google, znalazłem tą stronkę 😀 zobaczyłem wiele znanych płyt, dałem suba na newslettera, wygląda spoko

  5. Ja polecam zespół Dance with the Dead. Sprawdzałem w indeksie tego zespołu a jest genialny. Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *