Carpenter Brut – CARPENTERBRUTLIVE

Jeden z najważniejszych artystów szeroko pojętego retro wave’u poszerzył właśnie swoją dyskografię o wydawnictwo koncertowe. Po co komu koncertówka człowieka, który gra głównie na syntezatorach? Przekonajmy się.

Nie jestem fanem płyt koncertowych. Trent Reznor nazwał kiedyś takie inicjatywy po prostu gównianymi wersjami nagrań studyjnych – i zasadniczo się z nim zgadzam. Na ogół postrzegam je jako kolejną okazję wydojenia fanów za to samo. Takie albumy mają sens, kiedy potrzebujemy pamiątki z występu, na którym sami byliśmy… No albo kiedy artysta naprawdę odchodzi na scenie od studyjnych oryginałów. Ale to nieczęste przypadki.

Tym bardziej może dziwić, że na taki krążek zdecydował się ktoś taki jak Carpenter Brut. Obok Perturbatora to jedna z najpopularniejszych postaci ciemnej strony synthwave’u. Dla większości ludzi taki koncert musi wyglądać bardzo nieciekawie. Stoi sobie koleś z laptopem, coś tam odegra na klawiszach… Błąd, bardzo poważny błąd. Występy Perturbatora należą do najmocniejszych, jakie widuję. A Carpenter Brut idzie jeszcze o krok do przodu.

Przekonajcie się na własne oczy, co się dzieje na jego koncertach.

Ci dwaj artyści to najlepsze przykłady, że mroczne synthwave’y mogą na scenie zawstydzić niejedną załogę metalową. Niestety, w odróżnieniu od Jamesa Kenta, który tylko w tym roku odwiedził Polskę trzy razy, Carpenter Brut wciąż czeka na swoją pierwszą wizytę w naszym kraju. Teraz możemy przynajmniej częściowo poczuć energię jego popisów live. I choćby z tego względu „CARPENTERBRUTLIVE” nabiera sensu.

Siłą występów francuskiego zespołu jest to, że… No właśnie: to jest naprawdę zespół. Na scenie mamy perkusistę i gitarzystę. Dołączają nawet gościnni wokaliści. To pozwala poznać doskonale nam znane kawałki z zupełnie innej perspektywy. Zamiast trzymać się kurczowo studyjnych oryginałów, muzycy się nimi bawią. Tu jakieś wyciszenie, tu jeszcze spotęgowane gitarowe brzmienia. To jest właśnie jeden z tych przypadków, kiedy album live ma sens.

Piekło wyszło z komputera, stało się rzeczywistością – i brzmi lepiej niż kiedykolwiek.

Co ciekawe, szczególnie w przypadku materiału z „EP III” słychać nagle wyraźnie funkowe wpływy. Bridge z „Division Ruine” czy przede wszystkim „Paradise Warfare” przywodzą teraz na myśl soundtrack do „Hotline Miami”. „Meet Matt Stryker” zyskał intro rodem z „Paranoid”, a potem płynnie przechodzi w „Wake Up The President”. Wymieszane kawałki z klasycznej trylogii idealnie się uzupełniają i nawet te z pierwszej EP-ki nie odstają tak jak zwykle.

Na szczęście pojawiają się też rarytasy, których nie mieliśmy na poprzednich wydawnictwach. Mniej znane kawałki jak perturbatorowy „Chew Bubble Gum” i „The Good Old Call” z wokalnym udziałem Franky’ego Cadillaca. Jest też coś zupełnie nowego – miniatura „5 118 574”. Może to jakiś odrzut, a może przedsmak kolejnego pełnowymiarowego wydawnictwa? Czas pokaże. Do pełni szczęścia może brakować jedynie „Obituary”.

Ale i tak wszyscy wiemy, że każdy najbardziej czekał na cover „Maniac” Michaela Sembello.

„CARPENTERBRUTLIVE” to świetne podsumowanie trylogii EP-ek i zarazem doskonała reklama „kościoła Bruta”, która może przyciągnąć nowych wyznawców. Pozostaje mi powtórzyć za szyldem z okładki. Wiecie, czym jest piekło? Chodźcie posłuchać naszego mesjasza. I wciąż czekamy na jego nadejście do ziemi obiecanej piastowskiej.

The following two tabs change content below.

rajmund

Lokalny Ojciec Dyrektor, gramatyczny nazista, ejtisowy cyborg, wcale nie hipster. Jarają go szczególnie cyberpunki, rudości, macki, ejtisy i szeroko pojęta elektronika. Bez muzyki umiera, w ciszy wariuje, a jak jeszcze w pobliżu nie ma wi-fi...

0 komentarzy do "Carpenter Brut – CARPENTERBRUTLIVE"Dodaj swój →

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *