Burzum – Dauði Baldrs

Uwaga uwaga, Panie i Panowie, będzie hardkor. I to nie byle jaki, powiadam wam. Ale na początku przybliżę część historii pewnego Norwega o imieniu Kristian. Otóż Kristian urodził się jedenastego lutego 1973 roku w Bergen. Pochodził ze zwykłej rodziny, miał brata i chodził do szkoły. Wszystko byłoby fajne, gdyby nie to, że jego ojciec miał mocno nacjonalistyczne poglądy i wielką flagę ze swastyką w pokoju, zaś podróż do Bagdadu w wieku 6 lat umocniła w małym Kristianie rasizm oraz w tak młodym wieku wyklarowała już przekonania antyreligijne. Zastanawia mnie, czy ów nieświadomy niczego chłopiec mógł wyobrazić sobie, że za kilkanaście lat stanie się jednym z najbardziej znanych muzyków na scenie, a jego twórczość zdobędzie masę fanów i fanatyków. Młody Norweg nie mógł nawet śnić o tym, iż jego muzyka stanie się tak kultowa…

Anonsując nazwę projektu, który rozsławił Kristiana, potrzebowałbym mrocznych jak cholera trąb z akompaniamentem krzyku Uruk-Hai. Według Czarnej Mowy ze świata Śródziemia swój projekt ochrzcił jako „Ciemność”, czyli Burzum (da da da daaaam!). Tak, tak, moi drodzy, TEN Burzum (notka: czyta się to „Burcum”). Legenda, symbol, obiekt kultu oraz westchnień wielu kindermetalówek i kindermetali. Projekt owiany złą sławą, jak i chmurą kontrowersji, który niczym parabola grał na zmianę black metal i dungeon synth z domieszką ambientu. Dzisiaj na tapetę bierzemy pierwszy album Norwega w całości nagrany w więzieniu. Pierwsza część nazwy to „dungeon”, więc wszystko pasuje, prawda? No, niekoniecznie. Tak właśnie wyglądają cele norweskich więzień o zaostrzonym rygorze. Niemniej jednak gdy Varg Vikernes trafił do takiej miejscówki, władze nie zgodziły się na gitarę w jego „celi”, zaś dla syntezatora nie widzieli przeszkód. I tak się zaczęła dark ambientowa droga Burzuma, którą rozpoczął albumem „Dauði Baldrs”.

To jest, kurde blaszka, dungeon synth z krwi i kości! No kurczę, no, wystarczy spojrzeć na okładkę, na nazwę wydawnictwa (znaczy to “Śmierć Baldura”), na tytuły utworów. Wszystko to jednak dodatek do wręcz niesamowicie klimatycznej muzyki, jaką przedstawił nam były więzień Vikernes. Kompozycje są dość proste – nie oczekujcie skomplikowanych melodii, rozwiniętej linii perkusyjnej, wysublimowanych ścieżek wokalnych czy wielu warstw instrumentalnych, o nie. Album trwa ok. 40 minut, z czego najdłuższy utwór to ponad 1/4 tego czasu! I żeby było śmieszniej – kawałek składa się w sumie z dwu melodii powtarzanych całe 10 minut, czasem dodając jakiś chórek. Podobnie jest z “Í heimr Heljar”, gdyż… to tylko dwie melodie! Ale w tym przypadku trwa to tylko 2 minuty, więc nie jest źle. Trochę inaczej sprawa ma się z kawałkiem tytułowym i „Bálferð Baldrs”, które to mają trochę bardziej rozwiniętą sekcję instrumentalną, jest minimalnie więcej różnorodności, zaś klimat i chłód północy wręcz rzuca się do słuchacza z pięściami i krzykiem “Jestem tutaj ciołku!”. I nie przeszkadza mi prostota, ocierająca o swego rodzaju prymitywizm, czy też wręcz zerowa jakoś produkcji – to cudeńko ma w sobie to coś, ma te wiszące, włochate jaja, które nadają mu nordyckiej krzepy i chłodu. Oczyma mej wyobraźni widzę tego szarego renifera z ogromnym porożem, który biegnie przez zimną, ośnieżoną i skąpaną w mroku nocy polarnej tajdze. Jeżeli taki efekt chciał osiągnąć Vikernes, to udało mu się.

Cóż więc napisać w podsumowaniu, gdy wszystko zostało powiedziane wcześniej? Mimo wielu kontrowersji i zarzutów w stronę Varga, ja uwielbiam „Dauði Baldrs” – to właśnie od tego wydawnictwa rozpoczęła się ma przygoda z muzyką dungeon synth. Wtedy – nieświadomy – szukałem czegoś podobnego i to też znalazłem. Mogą mówić, że się sprzedał, że to nie to co kiedyś, że jest inny i stracił pazur, ale według mnie ta zmiana wyszła mu tylko na dobre.

The following two tabs change content below.

Danny Neroese

Nie przepada za mówieniem o sobie. Ekscentryk i samotnik. Ceni swój wyjątkowy gust muzyczny.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *