Booth and the Bad Angel – Booth and the Bad Angel

Dawno, dawno temu był sobie taki zespół pod niezbyt oryginalną nazwą James (w sumie jest sobie nadal: właśnie wydał nową płytę). Dziś już chyba mało kto pamięta to, to albo to, ale jeśli wierzyć Wikipedii, to panowie sprzedali ponad 25 milionów płyt, więc chyba kiedyś byli dość popularni. To, co tam sobie wyklikaliście, raczej nie zachęca do nadrabiania (przynajmniej mnie by nie zachęciło), więc nie będzie o Jamesach na tym blogasku. Ale będzie o ich wokaliście.

W 1992 roku Tim Booth pojawił się w programie Friday Night At The Dome brytyjskiej stacji Channel 4. To ta stacja, która daje nam obecnie „Utopię” i „Misfitsów”, więc musiało wyniknąć z tego coś dobrego. Ideą owego widowiska było zapraszanie popularnych muzyków, którzy opowiadali o swoich muzycznych idolach, aż nagle – surprise! – ich bohaterowie wychodzili zza kotary i zgadzali się na artystyczną współpracę. Nie wiem, o jakich muzycznych idoli podejrzewałbym kogoś, kto śpiewa w takim zespole jak James, ale na pewno nie postawiłbym ani grosza na Angelo Badalamentiego. A jednak!

Booth wskazał legendarnego kompozytora soundtracków (który ma moje dozgonne uwielbienie chociażby za to, to i to), znanego przede wszystkim ze współpracy z Davidem Lynchem. Panowie nie spieszyli się z wspólnym projektem. Wiadomo: obaj mieli na głowie masę innych zobowiązań. Jednak gdy James nagrał „Wah Wah” – album, który nie dorzucił zbyt wiele do tej wspomnianej wcześniej ćwiary – Booth przysiadł wreszcie z Badalamentim i tak narodził się efemeryczny Booth and the Bad Angel.

Zaiste, szyld tego przedsięwzięcia jest trafiony w dziesiątkę.

Czym bowiem Booth and the Bad Angel różni się od jamesowej codzienności Tima Bootha? Pewnie spodziewacie się, że to będą jakieś mroczne ambienty i rozrywacze serc na miarę „Sycamore Trees”. A właśnie wcale nie! Już otwierający ten krążek „I Believe” mógłby być lead singlem z jakiejś lepszej płyty tamtej formacji. Jednak tutaj jest jakaś głębia, nie zasypiam znużony gitarowym brzdąkaniem, ani nie uciekam z krzykiem od optymistycznego, podbudowywuwywu motywującego tekstu z takimi uroczymi wersami jak Why be a song when you can a symphony?. Może jednak jestem dla Jamesa niesprawiedliwy.

Na pewno sam Booth jawi się w tym przedsięwzięciu jako fantastyczny wokalista. Śpiewa z urzekającą lekkością i swobodą. Warto też odnotować, że poza nim i „złym aniołem” w projekcie brał udział również Bernard Butler, czyli jeden z filarów oryginalnego składu Suede. To jego zasługą są tu pozostałe przeboje brytyjskiej szkoły. Podszyty melancholią „Hit Parade”, skoczny „Heart” oraz jednostajnie basowy „Butterfly’s Dream”, w którym znalazło się miejsce nawet dla Briana Eno. Ale w końcu kawałek trwa ponad siedem minut. Trzeba było przy nim pogmerać, żeby nie nudził (jak najbardziej się udało).

Ale przejdźmy do tego, co robi na tej płycie największe wrażenie.

…czyli krótko mówiąc: gdzie najwyraźniej słychać Badalamentiego. Wpierw absolutnie magiczny „Dance of the Bad Angels”. Nie ma co się rozpisywać, wyklikajcie sobie powyżej i zachwyćcie się sami. Ja tylko dodam, że nad produkcją tego utworu czuwał też Tim Simenon. Człowiek, który nadał wyjątkowe brzmienie płytom „Ultra” Depeche Mode i „Shag Tobbaco” Gavina Fridaya. Obok Badalamentiego to dla mnie najważniejsza osoba na tym krążku.

Niestety, maczał palce jeszcze tylko przy jednym utworze, „Fall in Love with Me”. To już mniej spektakularna kompozycja, ot, miłosna ballada klasy jak najbardziej pościelowej. Niby jest tu syntezator Badalamentiego, ale do poziomu Twin Peaksa temu daleko. Zresztą, twór zyskał popularność dzięki komedii romantycznej „Martha, Meet Frank, Daniel and Laurence” (po polsku po prostu „Marta i wielbiciele”), co mówi o nim wszystko. Wisienką na szczycie tortu jest za to „Life Gets Better”. Kawałek, w którym niedobrego Angela możemy usłyszeć we własnej osobie – prowadzi nietypowy dialog z Boothem. Jeden stary i zgorzkniały, drugi wciąż piękny, młody i przekonany, że życie ma sens.

I tak trwa ta wymiana poglądów: czy life gets better, czy też life gets bitter?

What you have left to sell?
Now that you moved out of hell
Who in England will want to hear you’re happy?

Only pain is deep
The rest is just an American dream
You sold your pain a bluesman for a crooner

Coś pięknego, a o potencjale jednostajnego tła muzycznego (piosenka dość powoli snuje się w kierunku patetycznego refrenu) niech świadczy fakt, że pewna mainstreamowa audycja radiowa używała go przez długi czas jako swojego podkładu. Niestety, zdarzają się też Booth and the Bad Angel smęty typu „Rising” czy „Stranger”, które może i trafią do widzów „Marty i wielbicieli”, ale generalnie odstają poziomem od wspomnianych perełek. Przynajmniej na zakończenie dostajemy urokliwe „Hands in the Rain” z surrealistycznym tekstem i nawet lekko lauro-palmerską zagrywką w połowie.

Niestety, na tej jednej płycie się skończyło.

Co prawda Buttler chciał założyć z Boothem nowy zespół, ale wokalistę ciągnęło z powrotem do James. Może się opłacało, nagrany po tej krótkiej przerwie „Whiplash” okazał się sukcesem na listach przebojów. „Booth and the Bad Angel” pozostał ciekawostką dla miłośników twórczości Angelo Badalamentiego, stalkerów Tima Simenona, no i widzów „Marty i wielbicieli” (istnienie grona oddanych fanów zespołu James wciąż poddaję w wątpliwość). Mnie się ta płyta wyjątkowo sprawdza w podróży, zwłaszcza w słoneczne dni – bo wbrew pozorom mroku tu bardzo niewiele. Ale i tak polecam.

The following two tabs change content below.

rajmund

Lokalny Ojciec Dyrektor, gramatyczny nazista, ejtisowy cyborg, wcale nie hipster. Jarają go szczególnie cyberpunki, rudości, macki, ejtisy i szeroko pojęta elektronika. Bez muzyki umiera, w ciszy wariuje, a jak jeszcze w pobliżu nie ma wi-fi...

0 komentarzy do "Booth and the Bad Angel – Booth and the Bad Angel"Dodaj swój →

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *