Blackfield – Blackfield IV

Blackfield najwyraźniej na zawsze zostanie już dla mnie zespołem jednej płyty: oczywiście tej pierwszej. Z kompozycjami tak urokliwymi jak „Blackfield” czy „Pain”, z kultowym, rozżalonym „Cloudy Now”, a przede wszystkim przepięknym (tak po prostu) „Hello”. Wiedziałem, że po takim debiucie nawet Stevenowi Wilsonowi ciężko będzie zrobić coś równie dobrego, chociaż nieśmiało liczyłem, że ten jego najbardziej piosenkowy projekt wciąż będzie się rozwijał. Niestety, „Blackfield II” pozbawiło mnie nadziei: mdła, przesłodzona płyta z piosenkami o misiach, które zupełnie niczym szczególnym nie zwracały uwagi. Aż ciężko uwierzyć, że zrobili ją ci sami ludzie. „Welcome to My DNA” wygrywało z nieszczęsną „dwójką” już w przedbiegach samym utworem tytułowym, ale wciąż daleko mu było do „jedynki”. Po tegorocznej „czwórce” chyba mogę już Blackfield spokojnie skreślić (zwłaszcza że zrobił to już poniekąd nawet sam Steven Wilson).

Jak na płytę ewidentnie piosenkowego zespołu (który ktoś kiedyś bardzo trafnie nazwał Porcupine Tree z wyciętymi progresywnymi momentami) przystało, „Blackfield IV” nie jest płytą zbyt długą. Nawet jednak w kategoriach tego projektu jest płytą zaskakująco krótką: nowy materiał trwa zaledwie 31 minut. Znam wiele dłuższych EP-ek, ale bynajmniej nie skreśliłem tego „długograja” już po samym czasie trwania. Zrobiłem to dopiero po pierwszym przesłuchaniu, kiedy już zauważyłem, że chociażby finałowy „After the Rain” można było rozbudować. To jedna z trzech najlepszych piosenek w tym zestawie, z oryginalnym elektronicznym beatem, ładnymi klawiszami i wielogłosami, a urywa się zupełnie niespodziewanie po półtorej minuty. Przy wyraźnym niedoborze materiału, opuszczenie tak dobrze zapowiadającego się pomysłu jest dla mnie kompletnie niezrozumiałe.

Jak już było sygnalizowane na poprzedniej płycie, rola Stevena Wilsona w Blackfield znacznie się zmniejszyła. Na „czwórce” ograniczyła się już w zasadzie do dwóch utworów, natomiast stery oficjalnie przejął Aviv Geffen. Nietrudno się domyślić, że kawałki z Wilsonem to te najlepsze. „Pills”, nagrany z firmowym „telefonicznym” efektem mózgu Porcupine Tree, rodzi jeszcze nadzieję, że coś z tej płyty będzie. Panowie sami przyznają, że próbowali zrobić piosenkę w stylu pierwszej płyty i rzeczywiście wyczuwalna jest tu podobna melancholia. Drugi wilsonowy kawałek, „Jupiter”, to hołd bliższy drugiej płyty Blackfield. Wilson zaśpiewał też w tle „Sense of Insanity”, ale to już rozmyty, nudny kawałek jak większość tego krążka.

Lukę po Wilsonie mieli chyba załatać goście. W „XRay” zaśpiewał Vincent Cavanagh z Anathemy – kapeli, którą od jakiegoś czasu drążą podobne problemy z bezpłciowością co Blackfield. „XRay” z kolei cierpi na podobną chorobę co „After the Rain”: wokal Vincenta zasługiwałby na jakąś bardziej rozbudowaną aranżację. Przy ciepłej klawiszowej melodii, która przez niespełna trzy minuty prowadzi donikąd, dostajemy kolejne ciepłe kluchy. Zdecydowanie lepiej wypadł kawałek z Brettem Andersonem (Suede), gdzie linia wokalna jest mniej oczywista i słucha się tego z przyjemnością – chociażby ze względu na interpretację jednego z najlepszych głosów britpopu.

Tyle z rzeczy, o których warto jeszcze w ogóle coś napisać. Kawałki, w których Geffen został samopas, są tak nijakie, że chyba tylko jego najbardziej hardkorowi wyznawcy dadzą sobie radę z przebiciem się przez tę (przypomnę: dość niedługą) płytę więcej niż raz. Banalne melodie („Springtime”), przy których zastanawiamy się tylko, czy to przypadkiem nie był już bonus do poprzedniej płyty, mdłe brzdąkanie, na tle którego wyróżnia się tylko wokalista (kolejny gość, Jonathan Donahue z The Flaming Lips i Mercury Rev w „The Only Fool is Me”) i nie nada się nawet za tło do jakiegoś melodramatycznego tasiemca, ale nawet jak gitara stanie się nieco wyraźniejsza („Kissed by the Devil”), brzmi to wręcz jak parodia starych dokonań Blackfield.

„Czwórka” jest płytą ze wszech miar nudną i nieciekawą. Dobry pop nie polega tylko na rozmiękczaniu aranżacji w studiu, ale przede wszystkim powinien przykuwać uwagę i zostawać w głowie słuchacza. Uzależniać od swoich melodii. Na tej płycie nie ma praktycznie niczego, do czego chciałoby się wracać. Po „odejściu” Wilsona Blackfield ewidentnie rozszedł się w szwach – zostało tylko pozbawione charakteru pole Geffena, który bardzo dobitnie udowadnia, że w pojedynkę nie ma nic godnego uwagi do zaoferowania. Jeśli „IV” kojarzy Wam się z płytą Led Zeppelin, to zdecydowanie nie ten przypadek. Tutaj czwórka bliższa jest swojemu znaczeniu w japońskiej kulturze: nieszczęścia i śmierci – której temu projektowi łaskawie należałoby życzyć.

The following two tabs change content below.

rajmund

Lokalny Ojciec Dyrektor, gramatyczny nazista, ejtisowy cyborg, wcale nie hipster. Jarają go szczególnie cyberpunki, rudości, macki, ejtisy i szeroko pojęta elektronika. Bez muzyki umiera, w ciszy wariuje, a jak jeszcze w pobliżu nie ma wi-fi...

0 komentarzy do "Blackfield – Blackfield IV"Dodaj swój →

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *