Billy Idol – Cyberpunk

Gdy w połowie 1993 roku ukazał się piąty album Billy’ego Idola, „Cyberpunk”, jego dotychczasowi fani mieli z nim pewnie podobny problem, co miłośnicy Soundgarden z solowym „Scream” Chrisa Cornella. Ich rockowy – nomen omen – idol wyskakuje ni stąd, ni zowąd z jakimś dziwacznym concept albumem przepełnionym syntezatorami, loopami i brzmieniami wprost z muzyki techno. W momencie premiery „Cyberpunk” spotkał się z miażdżącą krytyką i trudno się temu dziwić. Dziś jednak możemy spróbować spojrzeć na tę płytę z nieco szerszej perspektywy.

Przede wszystkim należałoby się zastanowić, czemu bożyszcze nastolatek na całym świecie, uosobienie rockowego męstwa, postanawia nagle nagrać płytę w całości poświęconą zupełnie undergroundowemu nurtowi science fiction. Tak naprawdę genezy tego pomysłu należy doszukiwać się w przypadku: na początku 1990 roku Idol uległ wypadkowi motocyklowemu. Przez następne miesiące miał poważne problemy z chodzeniem (co uniemożliwiło mu m.in. wystąpienie w drugiej części „Terminatora”, w której miał wcielić się w rolę T-1000) i korzystał z elektronicznego stymulatora mięśni. Jeden z dziennikarzy, którzy przeprowadzali wywiad z artystą podczas promocji krążka „Charmed Life”, zwrócił uwagę na upodabniające go do cyborga urządzenie i żartobliwie nazwał „cyberpunkiem”. Idola tak zaciekawiło to określenie, że podczas rehabilitacji zaczął zagłębiać się w twórczość Williama Gibsona, pisarza uznawanego powszechnie za ojca całego cyberpunku.

Zainspirowany prozą Gibsona i innych przedstawicieli gatunku, zaczął obmyślać koncept nowego albumu.

Praca nad tą płytą od początku znacząco różniła się od sposobu, w jaki powstawały poprzednie krążki Idola. Tym razem Billy chciał mieć większą kontrolę nad produkcją muzyki. Ograniczył też wpływ producentów z zewnątrz, którzy według niego niejednokrotnie burzyli mu ostateczną wizję. W zamierzeniu tym pomógł mu Trevor Rabin, eksgitarzysta Yes, który w tamtym czasie akurat skończył prace nad domowym studiem, opartym na nowoczesnych technologiach Macintoshy i wówczas zupełnie nowym oprogramowaniu Pro Tools. Jednocześnie Idol cały czas zagłębiał się w cyberpunkową kulturę, w czym pomagał mu raczkujący dopiero internet. Muzyk udzielał się na cyberpunkowych forach i listach dyskusyjnych. Był jednym z pierwszych mainstreamowych artystów, którzy utrzymywali kontakt ze swoimi fanami za pośrednictwem sieci.

Na pierwszy singiel promujący „Cyberpunk” wybrano dość zachowawczo „Shock to the System”.

To zupełnie niereprezentatywny dla całego krążka gitarowy numer, utrzymany w duchu dotychczasowych przebojów artysty. Piosenkę zilustrowano efektownym teledyskiem, przedstawiającym zamieszki w futurystycznym Los Angeles i Billy’ego Idola zamieniającego się w cyborga. Jak widać Idol starał się wprowadzić swoich słuchaczy w cyberpunkowy świat w każdym aspekcie swojego nowego wydawnictwa. Ukazało się ono zresztą także w limitowanej edycji z dołączoną dyskietką (co w 1993 roku było zupełnie pionierskim działaniem). Planowano również reedycję z płytą CD-ROM, wtedy koszmarnie drogim nośnikiem danych, lecz z powodu kompletnej klapy krążka wydanie to nigdy nie doszło do skutku.

Fani Billy’ego Idola musieli przeżyć niemały szok, słysząc pierwszy (nie licząc krótkiego intro) kawałek na płycie. „Wasteland” rozpoczynają dźwięki syntezatora MIDI, na tle których Idol „dyskutuje” z samplowaną kwestią no religion, no religion at all. W refrenie pojawia się już co prawda wyrazisty riff gitarowy, lecz cały kawałek brzmi zupełnie inaczej niż cokolwiek, co wcześniej nagrał Brytyjczyk. W podobnej stylistyce utrzymane są „Tomorrow People”, „Neuromancer” (bezpośrednie nawiązanie do najsłynniejszej książki Gibsona) czy „Power Junkie”. To wszystko bardzo przebojowe utwory, napędzane przez elektroniczny groove, przepełnione samplami i loopami.

Wręcz idealny soundtrack do futurystycznej dystopii cyborgów, hackerów i wielkich korporacji.

Poza energicznymi hiciorami, Idol zawsze mocno stał balladami. Wystarczy wspomnieć „Eyes Without a Face” z jego najsłynniejszej płyty „Rebel Yell”. Na „Cyberpunku” też znalazły się tego typu kompozycje. Może brakuje im nieco do klasy „Eyes Without a Face”, ale uroku odmówić im nie sposób. Pierwsza z nich to singlowy „Adam in Chains”. Transowy utwór, którego pierwszą część stanowi monolog faceta o barwie głosu przywodzącej na myśl reklamę jakiegoś amerykańskiego kościoła, mający wprowadzić nas w stan hipnozy. Dopiero pod koniec trzeciej minuty rozpoczyna się właściwa piosenka i wchodzi Billy Idol, smutno śpiewający na tle akustycznego loopa, syntezatorowej przestrzeni i elektronicznego pykania.

Warto zwrócić uwagę na klip do tego utworu: poza tym, że wygląda zupełnie jak „Come Undone” Duran Duran, to chyba jedyna okazja, żeby zobaczyć Idola z dredami. Druga ze spokojniejszych kompozycji to „Love Labours On”. Dziś można by ten utwór porównać do trip-hopowych klimatów, w jakie William Orbit wprowadził Madonnę na płycie „Ray of Light”. U Idola dostajemy w gratisie stylową solówkę gitarową.

Gdyby „Love Labours On” zamykał „Cyberpunk” i album kończył się na dziesięciu utworach, mielibyśmy do czynienia z bardzo dobrą płytą.

Niestety, ta ballada to zaledwie jej połowa, gdyż idolowski concept album liczy sobie (wraz z przerywnikami) utworów dwadzieścia. I tak w połowie płyty dostajemy The Velvet Underground przerobione na łupane techno, czyli cover „Heroin”. Twór tym dziwniejszy, że uzupełniono go jeszcze wersem Jesus died for somebody’s sins, but not mine z „Glorii” Patti Smith. Idol wyraźnie nie chciał się zastosować do słów z pierwszej piosenki na płycie (no religion at all) i dalej porusza orientalne wątki w „Shangrila” (znowu zupełnie jak Madonna na „Ray of Light”…) czy sampluje mantry w „Concrete Kingdom”. Najbardziej kuriozalny jest jednak zamykający krążek techno-gospel „Mother Dawn”, w którym taneczne beaty połączono z natchnionymi partiami chóru. No cóż, wkrótce po wydaniu „Cyberpunku” Billy Idol dwa razy przedawkował narkotyki, można się zatem domyślać, skąd u niego takie dziwne pomysły.

Twórca „White Wedding” i „Rebel Yell” popełnił sporo błędów, tworząc ten pseudoconcept album. Przede wszystkim uległ obiegowej opinii, że każda koncepcyjna płyta musi być porozdzielana dziwnymi przerywnikami i trwać ponad siedemdziesiąt minut. Bezcelowe wstawki, pojawiające się średnio co trzy kawałki, można było sobie spokojnie darować, gdyż właściwe utwory poruszają rozmaite zagadnienia z zakresu cyberpunku i myśl przewodnia całej płyty jest wystarczająco wyrazista. Co do czasu trwania – krążek jest o wiele za długi.

Dostaliśmy prawdopodobnie najbardziej niespójny muzycznie concept album wszech czasów.

Myślę jednak, że nawet gdyby Idol zastosował się do moich wskazówek, „Cyberpunk” nie odniósłby sukcesu. W wielu aspektach była to płyta wyprzedzająca swoje czasy i to zrozumiałe, że ludzie nie byli na coś takiego gotowi. Właśnie ze względu na liczne innowacje nie zamierzam tego krążka szargać z błotem. Nie mam tutaj na myśli wyłącznie sposobu wydania, pomysłu na marketing i promocję, lecz przede wszystkim warstwę muzyczną. Billy Idol jako jeden z pierwszych tak odważnie połączył gitarowego rocka z elektroniką, przecierając tym samym szlak dla wielu (również mainstreamowych) artystów drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych. Poza tym, przez pierwsze pół godziny to kawał naprawdę niezłej muzyki. „Cyberpunk” pod wieloma względami jest bardzo interesującą płytą – wątpię tylko, czy ktokolwiek zdoła ją przesłuchać za jednym zamachem od początku do końca.

Tekst ukazał się pierwotnie w portalu rockmetal.pl w październiku 2009 roku.

The following two tabs change content below.

rajmund

Lokalny Ojciec Dyrektor, gramatyczny nazista, ejtisowy cyborg, wcale nie hipster. Jarają go szczególnie cyberpunki, rudości, macki, ejtisy i szeroko pojęta elektronika. Bez muzyki umiera, w ciszy wariuje, a jak jeszcze w pobliżu nie ma wi-fi...

Ostatnie wpisy rajmund (zobacz wszystkie)