Başnia – No Falling Stars And No Wishes

Jeśli brakowało Wam klimatycznego, polskiego grania, warszawski zespół Baśni Lipińskiej powinien wypełnić tę lukę. Nie dość, że udanie nawiązuje do tradycji 4AD, to jeszcze jego debiutancki album wyprodukował człowiek-legenda, odpowiedzialny za słynne albumy Tiamatu czy Moonspella.

Pewną wskazówką co do upodobań Baśni Lipińskiej są dwa projekty, z którymi współpracowała wcześniej: God’s Own Medicine i Hidden By Ivy. Oba łączy osoba Andrzeja Turaja, a także zamiłowanie do klimatycznej muzyki lat 80. Domysły te potwierdza też fakt, że Baśnia prowadzi facebookowy fanpage poświęcony trójkowej audycji Trzecia Strona Księżyca. To już nie pozostawia żadnych wątpliwości co do tego, że na jej płycie możemy się spodziewać… Cały czas unikam jak ognia szufladek z nazwiskiem najsłynniejszego czeskiego piosenkarza, ale wiecie, o jaką muzykę mi chodzi, prawda?

Tym bardziej może dziwić fakt, że produkcji „No Falling Stars And No Wishes” podjął się sam Waldemar Sorychta.

Başnia to pierwszy polski zespół, z którym współpracował (a przynajmniej: którego płyta oficjalnie się ukazała), mimo że jej muzyka nawet nie stała obok metalu. A przecież producent właśnie z takich klimatów zasłynął, że wspomnę tylko o Tiamacie, Lacunie Coil czy Therionie. Başni zdecydowanie bliżej do The Sisters of Mercy czy Fields of the Nephilim (a jeszcze bardziej do wyrosłego na ich gruzach The Eden House), choć nie ma tu mowy o bezkrytycznym zapatrzeniu w przeszłość. Jej twórczość postawiłbym we współczesnym otoczeniu Chelsea Wolfe, a nawet Esben and the Witch. Choć gdybym miał wybrać jeden projekt, z którym kojarzy mi się najmocniej, byłby to kryminalnie niedoceniony, kalifornijski Glaare.

Konstrukcja „No Falling Stars And No Wishes” może przywodzić na myśl „First and Last and Always”. Podobnie jak tam na pierwszy ogień dostajemy fragmenty najbardziej przebojowe („This Love Is Dangerous”, „Maybe I’ve Gone Mad Tonight” – oba całkiem kjurowe, ale z zupełnie innych względów). Postpunkowa motoryka lubi tu flirtować z coldwave’owymi brzmieniami („And The Audience Is Watching The Show”). „My Only Religion Is Love” mógłby spokojnie robić za główny singiel, ale już na poziomie gitarowego „zjazdu” pojawia się jakiś niepokój i zapowiedź bardziej skomplikowanych kompozycji. Wokal Baśni, który przez cały album buduje intymną atmosferę, sięga wyżyn w „I Feel the Void”, gdzie padają takie słowa:

I feel the void…
Unspoken words hang in the air
We could avoid
All things that drove us to despair

Tonight, I’m planning to forget ‘bout you
I know that you want it too
We cannot save this love it’s true, sad true

Największe wrażenie zrobiła na mnie jednak zupełnie nieoczekiwana trąbka.

Ten dość nietypowy dla takiej muzyki instrument przewija się przez niemal połowę płyty, ale szczególnie wybija się w dwóch momentach. Najpierw w finale „People Come People Leave Time Flows”, a potem w zamykającym album „Night Of The Lost”. To w ogóle mój faworyt (zaraz obok „Maybe I’ve Gone Mad Tonight”), w którym pobrzmiewają echa Maanamu z najbardziej dołującego okresu „Się Ściemnia”. Polecam też obejrzeć teledysk w reżyserii Piotra Smoleńskiego zrealizowany do tego kawałka.

„No Falling Stars And No Wishes” nie odmieni oblicza polskiego klimatycznego rocka, ale z pewnością będzie sympatyczną, sentymentalną podróżą dla każdego miłośnika takich klimatów. Trzymam kciuki za więcej takich wydawnictw.

The following two tabs change content below.
Avatar

rajmund

Lokalny Ojciec Dyrektor, gramatyczny nazista, ejtisowy cyborg, wcale nie hipster. Jarają go szczególnie cyberpunki, rudości, macki, ejtisy i szeroko pojęta elektronika. Bez muzyki umiera, w ciszy wariuje, a jak jeszcze w pobliżu nie ma wi-fi...

0 komentarzy do "Başnia – No Falling Stars And No Wishes"Dodaj swój →

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.