Babylon Zoo – The Boy with the X-Ray Eyes

Druga połowa lat dziewięćdziesiątych to okres zdominowany w popkulturze przez zjawiska paranormalne. Wszystko za sprawą niewyobrażalnego boomu na „Z Archiwum X”. Wystarczyło dać na okładkę wielką literę „X”, napisać piosenkę o alienach i sukces praktycznie murowany… Przynajmniej w teorii. Na powyższej recepturze zbudował swoją popularność Babylon Zoo – efemeryczny projekt Jasa Manna i zarazem książkowy przykład zespołu z szufladki „one hit wonder”.

„Spaceman” – to jest ten jeden kawałek, z którego wszyscy powinniście kojarzyć Babylon Zoo.

Piosenka momentalnie podbiła listy przebojów w całej Europie dzięki „och-tak-bardzo-najntisowej” reklamie jeansów Levisa. Brytole pognali do sklepów muzycznych i wykupili w pierwszym tygodniu 420 tysięcy małych płytek, zapewniając mu tym samym tytuł najszybciej sprzedającego się na Wyspach singla od czasów „Can’t Buy Me Love” Beatlesów. Tymczasem okazało się, że to na swój sposób trolling. Reklama wykorzystała tylko intro utworu, sugerujące że oto mamy do czynienia z nową gwiazdą coraz modniejszego wówczas big beatu: przyspieszony i podniesiony wokal, hip-hopowy beat… A to tylko fragment remiksu Arthura Bakera.

Oryginalnie piosenka okazała się typowym dla swoich czasów alternatywnym przebojem z przesterowanymi gitarami i elektronicznym podbarwieniem. Faktycznie, refren jest całkiem przebojowy, a kosmiczna otoczka budzi uśmiech na twarzy, jednak wątpię, aby piosenka aż tak się wybiła bez wsparcia reklamy i remiksowego „trollingu”. Dalsze losy zespołu zdają się to potwierdzać.

Jak do większości twórców jednego przeboju, podchodzę do Jasa Manna jako do artysty skrzywdzonego.

Gość ewidentnie miał na siebie pomysł, w dzieciństwie pewnie nasłuchał się Ziggy’ego Stardusta i „21st Century Man” Bolana, i chciał przedstawić coś nowego w takiej otoczce, skrojonej jednak pod ostatnią dekadę XX wieku. Z jednej strony kosmiczny kicz, z drugiej zwierzaczki i jakieś natchnione klimaty. Nie był marionetką w rękach żadnej wytwórni, bo sam skomponował i wyprodukował sobie całą płytę. Teledysk do nieszczęsnego „Spacemana” korzysta z fragmentów jego autorskiej etiudy filmowej. Tymczasem niespodziewana popularność zabiła jego projekt w zarodku.

Powiedzmy sobie od razu, „The Boy with the X-Ray Eyes” nie jest żadnym „The Rise and Fall of Ziggy Stardust and the Spiders from Mars” u progu XXI wieku (to dwa lata później nagrał Marilyn Manson), ale to bardzo sympatyczna, pełna urzekających melodii i glamrockowych patentów płyta. Zasłużyła na lepszy odbiór (w przeciwieństwie do głównego singla bardzo szybko spadła w notowaniach list sprzedaży) i można było z niej spokojnie wykroić lepsze przeboje – już „po Bożemu”, bez wspierania się reklamami jeansów. No bo w czym „Animal Army” było gorsze od „Spacemana”? Przestrzenny riff daje nawet większego kopa niż chwytliwy refren „Kosmity”.

Można narzekać na przeładowaną produkcję czy wokal Jasa.

Jego przeciąganie fraz będzie niektórych irytować, ale przecież to ma być glam i space rock – wszystko mieści się w ramach konwencji. „Zodiac Sign” czy „Caffeine” łączą intrygującą, nieco plemienną atmosferę (Mann ma indiańsko-pandżabskie korzenie) z gitarowym rzężeniem i chwytliwymi refrenami. Intro do tytułowego utworu spokojnie mógł zagrać kot przemierzający kosmos na syntezatorze – oj, ktoś tu się naprawdę nasłuchał za dużo Bowiego… Ale dalej wchodzą gitary i śpiewny refren, więc wcale nie takie znowu „Life on Mars?”, choć emocje zapewne miało wzbudzać podobne. To się udało dopiero w „Is Your Soul for Sale?” – tutaj naprawdę w głosie Jasa czuć przejęcie, potęgowane podniosłą, fortepianową melodią i efektami rodem z kina s-f klasy B. Nie bez znaczenia pozostaje to, co on z tym przejęciem tak wyśpiewuje:

All those simple songs we sang
And the Christmas we spent yesterday
When we danced the night away
All my make-up it ran
And caused our love to fade away

Oh London town is burning
And the mice and men are running
But nothing, oh nothing, can tear us apart
London town is burning
and the New York lights are laughing
But nothing, oh nothing, can tear us apart

Kicz pełną gębą, ale przecież na tym to miało polegać!

Aż strach pomyśleć, co Mann zaproponowałby na późniejszych płytach. Niestety, wydany na szybko „King Kong Groover” okazał się kompletną porażką – wytwórnia zapewne zdała sobie sprawę, że grubszej kasy już raczej z Babylon Zoo nie będzie i nie zawracała sobie głowy promocją. Mann zaszył się na pustyni Mojave, próbował powołać do życia wytwórnię płytową, pracował nad nowym projektem Mariachi Static, a w 2005 roku nawet zapowiedział nową płytę Babylon Zoo – chyba już nie ma co liczyć na jej premierę. Branżę muzyczną ostatecznie porzucił na rzecz biznesów filmowych. Może się mylę, może to od początku miał być artysta jednego przeboju i grafoman, któremu w miarę wyszła tylko jedna płyta. Ale o tym się już nie przekonamy, zostało tylko I see through your lies with my bionic eyes… Obawiam się, że kto nie wychował się w latach dziewięćdziesiątych, ten może nie zrozumieć.

The following two tabs change content below.

rajmund

Lokalny Ojciec Dyrektor, gramatyczny nazista, ejtisowy cyborg, wcale nie hipster. Jarają go szczególnie cyberpunki, rudości, macki, ejtisy i szeroko pojęta elektronika. Bez muzyki umiera, w ciszy wariuje, a jak jeszcze w pobliżu nie ma wi-fi...

Ostatnie wpisy rajmund (zobacz wszystkie)

7 komentarzy do "Babylon Zoo – The Boy with the X-Ray Eyes"Dodaj swój →

  1. Ej, lolz. Ja tej reklamy chyba nigdy nie widziałem a „Spaceman” znam z MTV albo innego kanału MUZYCZNEGO, nie pamiętam – tak czy siak z TV bo w tamtych czasach kanały muzyczne rzeczywiście puszczały muzykę. SPEEEEEEEEEEEEEJSMĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘ!

  2. Wspomnienia wspomnienia…. Swoją drogą to zaskakujące, że „Spaceman” był aż takim hitem – nie jest to kawałek dla mas…a jednak stał się One Hit Wonder Babylon Zoo…
    Lubiłem cały album już jako dzieciak. Po latach odkryłem ich drugi z 1999 r.
    Był gorszy, ale „All The Money’s Gone” go promujące do dziś od czasu do czasu gości w moim mp3.
    Polecam mój blog – tam też sporo wartościowej muzyki
    nowej (jestem wybredny) oraz starej (polecam np. moją Listę TOP 200 of 1994)…
    Sam będę też tu zaglądał. Pozdrawiam
    Muzyczny Archeolog

    1. Dzięki! Co do Twojej recenzji, ciekawostka: w jednym z ostatnich wywiadów, jakich udzielił Mann – jeszcze jak w planach była trzecia płyta – „I’m Cracking Up I Need a Pill” podał jako swój ulubiony utwór i sugerował, że nowy materiał pójdzie w jego kierunku. No ale to było z dziesięć lat temu, najpewniej żadnego materiału już nie będzie…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *