Aya RL – Aya RL (Czerwona)

Nie słucham polskiej muzyki, generalnie to nie lubię polskich artystów, polską muzykę omijam szerokim łukiem. Często słyszy się takie opinie, prawda? W cyklu „Polak potrafi” staram się przybliżać płyty, które jednak mimo powstania w naszym kraju prezentują jakiś poziom. Wbrew pozorom jest tego trochę, choć znamienne wydaje się, jak rzadko trafiają tu krążki z obecnej czy poprzedniej dekady. Na razie nie będę zmieniał nazwy tego działu na „Polak potrafił”, ale dziś nie będzie inaczej. Cofniemy się do szarości PRL-u i jednej ze (zdaje się) najlepiej oddających tamte czasy płyt. Jeśli Pawła Kukiza kojarzycie tylko jako prawicowego furiata, ew. tego, co śpiewał, że tutaj jest jak jest, dziś poznacie go od prawdopodobnie najlepszej strony.

Aya RL na pewno nie jest Wam obca, chociażby za sprawą przeboju „Skóra”.

Podobnie jednak jak nie znajdziecie „Love Will Tear Us Apart” na żadnej z dwóch studyjnych płyt Joy Division, a „Telefonów” i „Białej flagi” na „Nowych sytuacjach” Republiki, tak próżno Wam szukać „Skóry” na debiucie Ayi RL (została doklejona dopiero w późniejszych reedycjach). To działanie z premedytacją i jak najbardziej sensowne. Wszystkie wspomniane albumy stanowią konsekwentne całości, w których nie ma miejsca na rozpraszające radiowe przeboje.

„Czerwona” (kolory rozróżniają pierwsze dwie płyty zespołu, potem jeszcze była „Niebieska”) to też taka przemyślana konstrukcja, która buduje napięcie już od pierwszego utworu. Bynajmniej nie w myśl zasady o trzęsieniach ziemi (która tak na marginesie wcale nie padła z ust Hitchcocka), bo wszystko zaczyna się od ledwo słyszalnych elektronicznych „świerszczy”. Tutaj należałoby obalić kolejny mit. Jeśli po „Skórze” oczekujecie wiązanki hymnów pokolenia polskich lat osiemdziesiątych, to wracajcie na swój oddział zamknięty. Tu będzie nowofalowo, zimnofalowo i lirycznie. Ale od początku.

Wszystko zaczęło się – jak większość muzycznych historii tamtych czasów – w Jarocinie w 1983 roku.

Grający wówczas jeszcze solowo Igor Czerniawski dogadał się z muzykami zwycięskiej grupy Hak: Jarkiem Lachem i wspomnianym wcześniej Pawłem Kukizem. Dwa lata później to już ich trio święciło sukcesy na jarocińskim festiwalu. Opisywana tu płyta osiągnęła wielki sukces i jeśli wierzyć relacjom z epoki, była autentycznym wydarzeniem, które doskonale trafiło w swój czas. Tym bardziej cieszę się, że miałem okazję poczuć przynajmniej namiastkę tamtej magii podczas koncertu z okazji XX-lecia wolnych wyborów w Polsce pięć lat temu.

Reaktywowana specjalnie na tę okazję Aya RL zagrała wtedy oczywiście „Skórę” (ostentacyjnie przerwaną po pierwszym refrenie), ale i „Naszą ścianę”, już o wiele bardziej reprezentacyjny dla „Czerwonej” utwór. Pojedyncze dźwięki klawiszy na tle buczenia niczym z radzieckiego s-f, które ustępują ostatecznie podniosłemu motywowi rodem z jakiegoś hymnu. Bo i za sprawą intrygującego tekstu Kukiza taką formę właśnie przybiera ta piosenka: hymnu na cześć mitycznej ściany, która oddziela nas od ludzi dumnych, kruchych jak sława, nienawiści, idei Marsa. A my w zamian będziemy wzmacniać i przesuwać cię tak, byś naprzód szła

Już jesteście w klimacie?

No to agresywniejszy „Czy to oni?” (w późniejszych wydaniach przemianowany na „A ja się ukrywam”). Mroczne intro niczym z tych „retro futuryzmów”, które tak zachwalam, potem mantrowe bębnienie i wyliczanka Kukiza jak u wczesnej Republiki. Aż wszystko przeszywają gitary i zaczyna się ucieczka, bo przecież nie wiadomo, czy to oni, czy nie oni – wciąż pytania, wciąż pytania, oszaleć można. Orwellowski (PRL-owski?) nastrój potęguje liryczniejsze „Unikaj zdjęć”. Niby tylko takie plumkanie z pojedynczymi dźwiękami basu, ale jak to narasta… Zwłaszcza za sprawą fenomenalnej interpretacji Kukiza, który ma tu okazję pokazać w pełni swoje wcale niemałe możliwości wokalne. Gdy dochodzi do pseudo refrenu: Mam szczelne wszystkie… A zresztą, to trzeba przytoczyć w całości:

Mam szczelne wszystkie moje, moje drzwi
Mam zasłonięte wszystkie moje okna
Mam szczelne wszystkie moje, moje drzwi
Mam zasłonięte, choć są brudne i zniszczone, moje szyby

A jednak Ja jestem Ja, Ty to Ja, On to Ja, Wy to Ja!
Ja jestem Ja, On to Ja, Ty to Ja,Wy to Ja!

Uciekam wciąż przed obiektywem – powielaczem moich myśli!
Uciekam wciąż przed obiektywem – powielaczem moich kroków!
Uciekam wciąż przed obiektywem – powielaczem mej ucieczki!

Ale to nie koniec.

Absolutne mistrzostwo świata to „Ulica miasta” (później po prostu „Ulica”), w której Kukiz opowiada nam o swojej ulicy. Wpierw od prostego riffowania godnego ulicznego grajka, ale gitara zanika i przechodzi w monotonne trzy akordy basu. Na mojej ulicy nikogo nie dziwi człowiek… – opowiada beznamiętnie Kukiz, z lakonicznością godną recytującego bezmyślnie wykuty wiersz uczniaka. Autentycznie zimno robi się przy podlanym syntezatorem refrenie Bo moja ulica jest w sercu miasta. Druga zwrotka to już większy niepokój, czujemy, że zaraz coś się wydarzy – ale to jeszcze nie teraz. Znowu refren, niepokój… I nagle przeszywający krzyk wokalisty, lecz po chwili wracamy do normalności, okna dalej płoną ze wstydu nocą.

Zostaje jeszcze totalitarny, pesymistyczny „Wariant „C”” z tekstem Roberta Gawlińskiego, kojarzonego jeszcze wtedy jako lidera Madame, a nie syna błękitnego nieba. Jednostajny, industrialny klawisz imitujący uderzanie jakimś narzędziem doskonale koresponduje ze słowami: Poprowadził mnie w labirynty zimnych ścian, było dużo ludzi – tak jak ja pracowali wciąż, pracowali – dudnił stos.

„Czerwona” stanowi niebywale wyrafinowaną pozycję również pod względem produkcyjnym, czego nie można powiedzieć o wielu polskich płytach z tamtych czasów. Pełno tu drobnych smaczków, elektronicznych przeszkadzajek i aranżacyjnych niuansów. Zasługa w tym profesjonalnie wyposażonego studia Czerniawskiego i jego legendarnego Rolanda Jupiter-8 (zdobył go notabene jako nagrodę w międzynarodowym konkursie muzycznym).

W związku z tym najlepiej tej płyty słuchać nocą na słuchawkach.

Wtedy również najintensywniej wczujemy się w jej niebanalny klimat, sugestywnie oddający beznadzieję po stanie wojennym (nie wspomniałem o wręcz darkwave’owym instrumentalu „Polska”). W utrzymaniu konsekwencji artystycznego wizerunku dużą rolę odegrał też Walter Chełstowski. Ponoć to on wymyślił nawet nazwę zespołu, rozwijającą się jako Aya Red Love. Oczywiście czerwona okładka nie jest zbiegiem okoliczności – za jej tło posłużyła… Okładka płyty z przemówieniami Breżniewa.

Daleki jestem od popadania w patriotyczne tony, politykowania i wklejania tutaj „Nie pytaj o Polskę”. Nie postawię „Czerwonej” na ołtarzyku obok nietykalnych „Nowych sytuacji” i „Nocnego patrolu”, ani nie napiszę, że to Top 5 najlepszych płyt, jakie powstały w tym kraju EVER. Ale jeśli nie słyszałeś nigdy utworów z tego krążka, to bardzo cię proszę: przestań pieprzyć, jaka to polska muzyka jest do dupy i jak to wolisz niezależną alternatywę z Wysp, i po prostu posłuchaj. Jest na Spotify, nie masz wymówek.

The following two tabs change content below.

rajmund

Lokalny Ojciec Dyrektor, gramatyczny nazista, ejtisowy cyborg, wcale nie hipster. Jarają go szczególnie cyberpunki, rudości, macki, ejtisy i szeroko pojęta elektronika. Bez muzyki umiera, w ciszy wariuje, a jak jeszcze w pobliżu nie ma wi-fi...

Ostatnie wpisy rajmund (zobacz wszystkie)

6 komentarzy do "Aya RL – Aya RL (Czerwona)"Dodaj swój →

  1. A i jeszcze takie pewnie mało istotne info… W 245 notowaniu listy przebojów trójki z dnia 29 listopada 86 roku „Ulica miasta” była na 3 miejscu! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *