Arcadia – So Red the Rose

Jeśli mówimy o latach osiemdziesiątych, a na tym blogu ma to miejsce dość często, to jednym z moich pierwszych skojarzeń muzycznych będą Duran Duran. Jak jednak pisać na blogu poświęconym płytom zapomnianym i niedocenionym o zespole, który sprzedawał miliony egzemplarzy każdego swojego albumu? Mógłbym niby zająć się którąś z tych wpadek, która sprzedała się gorzej, ale one w większości faktycznie nie są warte uwagi. Albo pozostaje mi jeszcze jedna opcja: sięgnąć po jedyny krążek pobocznego projektu Duranów, „So Red the Rose” Arcadii. Co prawda on też osiągnął platynową sprzedaż, ale mam wrażenie, że już mało kto o nim pamięta – nawet nastawione na ejtisową nostalgię stacje radiowe. A wielka szkoda.

Tekst ukazuje się również na stronie Strefa Duran Duran – najlepszej polskojęzycznej skarbnicy wiedzy o tym zespole.

Po nagraniu takich albumów jak „Rio” i „Seven and the Ragged Tiger” rzeczywiście może się przewrócić w głowie. W ciągu pięciu lat Duran Duran osiągnęli wszystko, co było do osiągnięcia. Nakłady z kosmosu, wysokobudżetowe teledyski w tropikach, które zrewolucjonizowały MTV, miliony rozwrzeszczanych fanek na całym świecie. Swoje pierwsze, buńczuczne marzenia o graniu na największych obiektach koncertowych spełnili bez większego problemu. I nic dziwnego, że zapragnęli zrobić sobie małą przerwę na coś innego.

John i Andy Taylorowie dokooptowali sobie Roberta Palmera i poszli w stronę hard rocka z projektem The Power Station.

Simon Le Bon i Nick Rhodes pragnęli udać się dalej syntezatorowo-atmosferyczną ścieżką i w ten sposób powstała Arcadia. Roger Taylor lawirował między obydwoma projektami. Po latach Rhodes mówi otwarcie, że oba projekty były komercyjnym samobójstwem. Czas pokazał też, że po ich utworzeniu Duran Duran już nigdy nie byli tacy sami. W 1985 roku zdołali nagrać wspólnie jeszcze tylko jeden singiel, pamiętne bondowskie „A View to a Kill”. Potem drogi klasycznego składu rozeszły się na dobrych kilkanaście lat.

Arcadia od początku stanowiła projekt rozdmuchany na dokładnie taką skalę, jakiej oczekiwalibyśmy po sprzedających dziesiątki milionów płyt muzykach. Na „So Red the Rose” pojawili się gościnnie m.in. David Gilmour (muszę dodawać, że Pink Floyd?), legendarny muzyk jazzowy Herbie Hancock, a także Grace Jones i Sting (ograniczający się do chórków w „The Promise”). Ale to nie wszystko, bo podobnie jak w macierzystej formacji, tak i w tym side projekcie Le Bon i Rhodes zadbali o wyjątkowy styl i artystyczną wizję.

Na okładkę trafił obraz zainspirowany szkicami Jeana Cocteau.

Single zilustrowano należycie efektownymi teledyskami w reżyserii stałego „wizjonera” Duranów, Russella Mulcahy’ego, wziętego wówczas fotografa Deana Chamberlaina, nagrodzonego Oscarem za oprawę artystyczną „Gwiezdnych wojen” Rogera Christiana oraz mniej znanego Marcelo Anciano. Nie sposób się nie zgodzić z wokalistą, który po latach przyznał, że „So Red the Rose” to najbardziej pretensjonalny krążek, jaki kiedykolwiek powstał. Z kolei serwis Allmusic uzupełnia tę wypowiedź, że to również najlepszy album, jakiego nigdy nie zrobili Duran Duran. W tym też coś jest.

Bo przechodząc wreszcie do kwestii muzycznych, są tu oczywiste hiciory jak na duet kompozytorski Rhodes / Le Bon przystało. „Goodbye is Forever” urzeka typowym dla Nicka klawiszem i nietypową partią wokalną Simona, tworząc jednak od razu wpadającą w ucho mieszankę, zilustrowaną dodatkowo surrealistycznym klipem. „The Promise” wyróżnia się nie tylko wsparciem wspomnianego Stinga i przejmującym antywojennym tekstem, lecz także całym wachlarzem solówek. Dopiero w albumowej wersji, trwającej przeszło siedem minut, wszystkie rozwijają skrzydła: od gitarowej, przez saksofonową, aż po krótki moment perkusyjny.

Sam Simon skomentował kiedyś, że to piosenka o tym, jak Zachód zdradził Trzeci Świat.

Jest jeszcze soulujący „Keep Me in the Dark”, ale większe wrażenie robi „The Flame” – zwłaszcza w przepełnionym syntezatorową przestrzenią singlowym remiksie. Albumowa wersja wypada przy nim bardzo blado – wyłączając gitarowe solo ewidentnie zrobione pod Andy’ego Taylora. W singlowym miksie boleśnie je przycięto. Na tle takich killerów wybrany do roli głównego singla „Election Day” potwierdza tezę o samobójczych (komercyjnie) skłonnościach tego krążka. Brak wyrazistej melodii, cała kompozycja jedzie na funkującej gitarze, a jeszcze te dodatki typu sample z rosyjskiego radia czy mówiona partia Grace Jones w środku utworu… Przynajmniej wieńczą stylową solówką saksofonu.

„So Red the Rose” ma też drugie, wyraźnie eksperymentalne oblicze. Zaczyna się na poziomie „Missing” – rozwleczonego, syntezatorowego pejzażu niczym z jakiegoś ejtisowego soundtracku. Wrażenie potęgują efekty burzy dodane pod koniec. To do tego utworu powstał innowacyjny teledysk Chamberlaina. Durani skorzystali z jego talentu jeszcze raz przy okazji obrazka do „All She Wants Is”. Chwilę potem dostajemy króciutki przerywnik „Rose Arcana”. Oba utwory można potraktować jako zapowiedź eksperymentów, które (zdaniem wielu) zniszczyły potem płytę „Big Thing”.

Najlepiej prezentuje się finał krążka.

„El Diablo” to pełna latynoskich brzmień ballada z pięknymi partiami fletu. Jak widać Arcadia czerpała z latino popu zanim Madonna nagrała „La Isla Bonita” i stało się to mainstreamowe. Prawdziwe wielkie zakończenie to jednak dopiero „Lady Ice”. Prawie ośmiominutowy absolut, rozpoczynający się od mrocznych syntezatorów Nicka, by przejść następnie do podniosłej opowieści o bezlitosnej Pani Lodu. Lady Ice, step outside your soul. Lady Ice, do you know that the world is frightened too?

To co, najlepszy album, na jaki nigdy nie odważyli się Duran Duran?

Na pewno niespodziewane dzieło, na które odważyłby się mało który zespół u szczytu kariery. Wyraźne rozłożenie materiału na dwie strony płyty winylowej, gdzie strona A to hiciory, a strona B – eksperymenty, od razu kojarzy się ze słynną „trylogią berlińską” Bowiego. Zresztą sam Nick Rhodes wielokrotnie zbliża się na „So Red the Rose” do Briana Eno. Jest to zatem mus nie tylko dla każdego fana Duran Duran, ale i dobra propozycja dla wszystkich, którzy kojarzą ten zespół tylko z „lalala” pioseneczkami i myślą, że nic ambitniejszego nigdy spod ich palców nie wyszło.

The following two tabs change content below.

rajmund

Lokalny Ojciec Dyrektor, gramatyczny nazista, ejtisowy cyborg, wcale nie hipster. Jarają go szczególnie cyberpunki, rudości, macki, ejtisy i szeroko pojęta elektronika. Bez muzyki umiera, w ciszy wariuje, a jak jeszcze w pobliżu nie ma wi-fi...

0 komentarzy do "Arcadia – So Red the Rose"Dodaj swój →

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *