A Perfect Circle – Eat the Elephant

Minęło czternaście lat, odkąd Billy Howerdel zaprezentował nam ostatni owoc współpracy z Maynardem Jamesem Keenanem. Tak jak wiele się od tamtej pory zmieniło na świecie, tak i muzyka A Perfect Circle bynajmniej nie stanęła w miejscu.

Rock umarł. Przemysł muzyczny dogorywa. Stany Zjednoczone są już od dawna wolne od rządów George’a Busha, ale mając na głowie Donalda Trumpa – raczej trafiły z deszczu pod rynnę. Zamiast nagrywać kolejny polityczny protest album (ten już zresztą obiecał nam Andrew Eldritch), Billy Howerdel wraz z Keenanem nagrali płytę bardzo świadomą tych wszystkich zmian. Słychać to już choćby w jej brzmieniu, gdzie na pierwszy plan wychodzą klawisze pianina i elektronika. Jeśli ktoś tęsknił do toolowych gitar z „Mer de Noms”, srogo się zawiedzie.

Ale w końcu już „Thirteenth Step” mocno skręcało w inną stronę.

Wbrew pozorom single „The Doomed”, „Disillusioned” czy „TalkTalk” i tak są najbliższe dawnym dokonaniom zespołu. Zespołu, który w obecnej inkarnacji bardzo wyraźnie ograniczył się do duetu. Maynard i Billy nie kryją, że pozostali muzycy to głównie niezbędne wsparcie na scenie. Nowym tekstom Keenana może daleko do apokaliptycznych wizji z utworu „Ænema”, ale przez mniejszą dosłowność są być może jeszcze bardziej niepokojące. Wokalista nie ma wątpliwości: odwróciliśmy się od siebie, zaplątaliśmy się w pajęczynie sieci społecznościowych i nowych technologii. Zdesperowani szukamy kolejnych fałszywych bożków, którzy nadadzą choć odrobinę sensu naszym pustym słowom.

Gdzie w takim świecie jest jeszcze miejsce na piękno? A chociażby w takim „Disillusioned”, który mówiąc otwarcie o tym wszystkim, daje jednak jakąś iskierkę nadziei. Wyciszony refren, w którym Keenan nakazuje nam porzucić silikonowe obsesje i odnaleźć na nowo drogę porozumienia, stawia ten utwór pośród najbardziej urokliwych dokonań kompozytorskich Billy’ego Howerdela. A nie zapominajmy, że człowiek ten dał nam m.in. album „Keep Telling Myself It’s Alright”, który spokojnie mógłby robić za wstępne badanie Voighta-Kampffa. Podobne piękno odnajdziemy w otwierającym „Eat the Elephant” kawałku tytułowym. Od takiego intra mógłby zaczynać się nowy krążek Bohren & der Club of Gore. I pomyśleć, że jego pierwotna wersja miała znaleźć się na… ostatnim albumie Linkin Park.

Myśl przewodnia albumu jest jednak wyraźna: wszyscy jesteśmy zgubieni.

Skoro zostawili nas już David Bowie, Prince, a nawet księżniczka Leia, jakie nam jeszcze pozostały szanse? Choć podoba mi się idea „So Long, and Thanks For All the Fish” (i przy okazji nawiązanie do świetnej trylogii w pięciu częściach pióra Douglasa Adamsa), będę prawdopodobnie przewijał ten kawałek równie regularnie co „The Nurse Who Loved Me” (znacie Failure, prawda?) z „Thirteenth Step”. Nie dam się jednak wciągnąć w krytykowanie jego skocznego brzmienia. Sam Maynard James Keenan przyznał, że to trolling i zdecydował się go nagrać tylko dlatego, że fani go za to znienawidzą. Cóż, chyba spora część fanów właśnie za takie akcje go uwielbia.

Zaskakujące może być również to, co dzieje się pod koniec „Eat the Elephant”. Znany już z koncertowych wykonań „Hourglass” to jedna z najpotężniejszych kompozycji na albumie, pełna industrialnych wtrętów i zdehumanizowanych przetworzeń. Melodeklamowana partia Keenana może rodzić tu pewne skojarzenia z jego projektem Puscifer. Podobnie ma się sytuacja z triphopowym „Get the Lead Out”, który tworzy wyciszającą klamrę z kawałkiem tytułowym. Trochę odstawać od reszty może „Delicious”, ale kto pamięta ASHES dIVIDE, ten na pewno zdaje sobie sprawę, że Billy miewa takie konwencjonalnie rockowe ciągoty.

Duch starego A Perfect Circle jest tu jednak nadal wyraźnie obecny.

Szczególnie gdy włączymy nowe wersje dwóch kawałków, które każdy fan zespołu ma już od dawna ograne. Pierwszy to „By and Down the River” – pierwotnie nagrany z myślą o składance „Three Sixty”. Tutaj w nieco odmiennej wersji brzmieniowej, zaśpiewany przez Maynarda w takim sposób, by lepiej pasować do reszty albumu. Drugi to oczywiście „Feathers”, który znamy od roku z wykonań koncertowych. Oba utwory to pięknie rozwijające się cudeńka, naznaczone charakterystyczną wrażliwością Billy’ego, który udowadnia w nich, że wciąż potrafi wzbudzić ciarki nawet czymś tak niedzisiejszym jak solówka gitarowa.

I pewnie jakaś cząstka mnie chciałaby, aby cały „Eat the Elephant” składał się z takich kompozycji jak „Feathers”. Obstaję jednak przy zdaniu, że choć to album, jakich dziś się raczej nie nagrywa, został perfekcyjnie skrojony pod nasze czasy. Czy nowe oblicze A Perfect Circle przewyższa albo chociaż dorównuje jego dawnym dokonaniom? Nie potrafię udzielić jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie, tak jak nie umiałbym definitywnie wskazać, czy wolałem 2004 rok, czy jednak lepiej mi się żyje w 2018. Ale cieszę się, że przez cały ten czas mam obok siebie płyty A Perfect Circle i właśnie dostałem kolejną, która wcale nie odstaje od nich poziomem.

Rock zawsze był muzyką wrażliwców i outsiderów, którzy zostali w ostatnich latach boleśnie osieroceni.

Tradycyjne media nie nadążają za dzisiejszą rzeczywistością muzyczną. W tych nowych jest co najwyżej miejsce na bekę z rocka, a dawnych idoli jest pośród nas mniej z każdym miesiącem. Maynard James Keenan i Billy Howerdel to jedni z ostatnich przedstawicieli tego starego pokolenia, którzy mogą jeszcze dać jakąś nadzieję. Choć ten pierwszy śpiewa przecież w „The Doomed”: Nie ma nadziei dla ubogich, cichych, miłosiernych i sprawiedliwych, by chwilę potem dodać: Oto nowe błogosławieństwo, pieprzyć zgubionych – jesteście zdani na samych siebie. Wydaje mi się jednak, że skoro wciąż dostajemy takie albumy jak „Eat the Elephant”, nie jesteśmy jeszcze całkiem zgubieni.

The following two tabs change content below.

rajmund

Lokalny Ojciec Dyrektor, gramatyczny nazista, ejtisowy cyborg, wcale nie hipster. Jarają go szczególnie cyberpunki, rudości, macki, ejtisy i szeroko pojęta elektronika. Bez muzyki umiera, w ciszy wariuje, a jak jeszcze w pobliżu nie ma wi-fi...

Ostatnie wpisy rajmund (zobacz wszystkie)