9 najciekawszych płyt pierwszej połowy 2015 roku

Ostatnimi czasy coraz częściej lubię błądzić, szczególnie muzycznie. Jednego dnia szukam melodii na chybił trafił, czasami bezwzględnie oceniam po okładkach. Każda taka eskapada – niezależnie od klucza, który sobie obieram w poszukiwaniach – owocuje w soczyste, muzyczne kąski, którymi się później raczę w każdej wolnej chwili.

Przygotowałam dosyć niezwykłe zestawienie: i tak, obalę nim mit, iż witch house umarł, vapor-sea-plant-wave-bubblegum-punk stał się przewidywalny, a o dobrą muzykę w tych czasach ciężko. Specjalnie dla was przygotowałam zestawienie najciekawszych płyt – najdziwniejszych i najbardziej godnych uwagi – które zostały wyprodukowane w przeciągu ostatniego półrocza.

Shlohmo – Dark Red

Płyta „Dark Red” autorstwa niejakiego Henry’ego Laufera, ukrywającego się pod pseudonimem Shlohmo, chodzi za mną od dłuższego czasu. Za każdym razem, gdy relaksuję się przy dźwiękach „Slow Descent”, przepięknego „Relentless” czy wyżej prezentowanego „Ten Days of Falling”, spokojny uśmiech nie schodzi mi z twarzy. Jak dobrze, że mamy jeszcze działających artystów godnych oOoOO czy Holy Other.

Lakker – Tundra

Irlandzcy czarodzieje techno postanowili zaprosić na mroczną wyprawę pełną niepokojących dźwięków i damskich chórów. Krążek „Tundra” to solidna porcja staroszkolnej elektroniki. Jeśli chcesz sprawdzić, jak ma się rave w 2015 roku, sprawdź zmysłowo-pogańskie „Milch” czy „Moutain Divide” utrzymane w klimacie wczesnego Underworlda i Prodigy.

Nosaj Thing – Fated

Twórczość producenta z Los Angeles miałam okazję poznać płytą „Home” z 2013 roku . „Fated” wychodzi nieco naprzeciw senności swojej poprzedniczki, wciąż jednak lekko kołysząc: i bardzo dobrze! Jeżeli lubisz zatapiać się w delikatnym chilloucie, a Boards of Canada obija Ci się regularnie o uszy, warto zapoznać się z Nosaj Thing. „Watch” to jedna z najbardziej wyrazistych kompozycji na krążku, urzeka również senny „Don’t Mind Me” oraz bardzo ładny „Medic”.

Death Grips – The Powers That B

Tak, świry z Death Grips nie dają o sobie zapomnieć! Nie zdążyły jeszcze opaść emocje po premierze „Fashion Week”, a artyści ponownie rozpoczęli grę w kotka i myszkę z fanami (i mediami). Nowe wideo, dziwne konta na Twitterze, przecieki – ci goście naprawdę wiedzą, jak podtrzymać zainteresowanie wokół siebie (chyba najtrafniej opisał to Pitchfork: „Keeping up with the Death Grips has increasingly become a headache.”). W efekcie otrzymaliśmy dwupłytowy album składający się z wcześniejszego „Niggas on the Moon” oraz świeżutkiego materiału „Jenny Death”. I jest jak u Death Grips – wariacko i chaotycznie.

Zhala – Zhala

To jedno z największych zaskoczeń tego roku. Zhala jest Szwedką, która wcześniej pojawiała się w chórkach u Lykke Li. Teraz postanowiła zaprezentować słuchaczom swój indywidualny projekt. Krążek zachwyci niejednego fana „popu oderwanego nieco od rzeczywistości” – utwory „Slippin’ Around” czy dreampopowo-synthowe „Prince In The Jungle” spodobają się z pewnością niejednemu koneserowi wokalu à la Grimes oraz niecodziennych brzmień.

Ultrademon – Pirate Utopias

„Pirate Utopias” to chyba największy dziwak w naszym zestawieniu: album jest napakowany chaotycznymi i często zamierzonymi, przypadkowymi dźwiękami wpisując się w barwną stylistykę seapunku (ta wściekle kolorowa okładka). Wszechobecna jest zabawa dźwiękami czy nawet tytułami („Psyduck Riddim” czy „HTP Anthem 2.0” – musicie przyznać, że to brzmi intrygująco). Ultrademon żongluje stylistyką: „Cyber” jest wiedźmą, która po raz pierwszy w życiu ma styczność ze SNES-em, „Club Slaves” przenosi nas do tropikalnego pubu pełnego różowych laserów i tłustych biciorów. Ciekawostka, z którą warto się zapoznać.

Koan – ~Figment

Cały album „~Figment” jest doskonałym przykładem, jak należy połączyć ambient z chilloutem. Już pierwsze dźwięki „Entrance” wprowadzają umysł w trans, a dalej jest jeszcze lepiej. Wspaniała muzyka, dzięki której można zanurzyć się w odległych światach i niezbadanych zakamarkach własnego umysłu. Jeśli projekt Chicane nie jest Ci obcy, a na nazwę Carbon Based Lifeforms reagujesz rozpromienionym wzrokiem i zafascynowanym uśmiechem – łap twórczość Koan w ciemno.

Arca – Xen (?????Edition)

Już tytułowy utwór pokazuje nam, że Arca nie będzie nas bawiła spokojną, jednostajną muzyką. „Xen” jest pełen nostalgii, a jednocześnie wiele w nim niepokojących rytmów, smutnych klawiszy i chaotycznych rozwiązań muzycznych rodem z naprawdę pokręconego horroru. Arca stworzyła album zróżnicowany: znajdziemy tutaj melodie czerpiące zarówno z witch house’u (zniekształcone „Sisters” brzmiące jak upiorna lalka-pozytywka), jak i muzyki klasycznej („Family Violence”).

Say Lou Lou – Lucid Dreaming

Na koniec znów coś dla miłośników dreampopu i ślicznych dziewczyn (z równie ślicznymi głosami): Say Lou Lou to australijsko-szwedzki duet bliźniaczek Elektry i Mirandy Kilbey. Cukierkowe melodie, delikatne wokale: „Lucid Dreaming” to idealna propozycja na niezobowiązujący, samotny spacer o poranku. Album jest więc mieszanką synthowego funku („Glitter”) oraz wpadających w ucho piosenek („Nothing but a Heartbeat”), ale ma również i refleksyjne momenty (bardzo ładne „Peppermint”).

Wszystkie z naszych najciekawszych płyt pierwszej połowy 2015 roku znajdziecie na Spotify, a pomoże Wam w tym poniższa playlista.

The following two tabs change content below.

Misty Day

Znawczyni szeroko pojętego hipsterstwa artystycznego, elektronicznych eksperymentów oraz wszystkiego, co dziwne. Marząca o chatce na estońskich bagnach niepoprawna marzycielka. W międzyczasie lubi oddawać się skomplikowanym konwersacjom ze swoim krukiem Howardem.

3 komentarze do “9 najciekawszych płyt pierwszej połowy 2015 roku

  1. ciekawe typy. niektóre widzę, że muszę nadrobić.
    od siebie dodałbym „i don’t like shit, i don’t go outside” earla sweatshirta, „magnifique” ratatat, „get to heaven” everything everything, „pomegranates” nicolasa jaara, „in colour” jamie xx, „to pimp a butterfly” lamara

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *