10 hitów, które przypomną Ci eurodance

Być może się na nim wychowałeś, a może nigdy nie chciałeś sobie o nim przypominać. Mimo wszystko warto mu dać szansę. Kto wie, jak Twój organizm zareaguje na eurodance przez pryzmat nostalgii?

Dla mnie osobiście to wyjątkowo sympatyczna podróż do czasów dzieciństwa. Kiedy jeszcze wolny czas spędzało się przede wszystkim na podwórku, a nie w internetach. Grało się najwyżej na Pegasusie, a i tak nie za dużo, żeby nie przegapić listy przebojów na niemieckiej Vivie. Dla niektórych pewnie tamte przeboje to odpowiednik disco polo o europejskim zasięgu. To jednak o wiele bogatsze zjawisko. Aby je w pełni zrozumieć, trzeba było po prostu dorastać w latach dziewięćdziesiątych.

Pora sobie przypomnieć tamte czasy. A jeśli ktoś nie miał szansy ich doświadczyć, niech przynajmniej spróbuje nadrobić. W dzisiejszych czasach byłoby nie do pomyślenia, by większość z tych artystów w ogóle zaistniała na rynku. Popatrzcie, przy czym kiedyś się balowało. A potem odpowiedzcie sobie sami w głębi serca, czy nie wolicie „Coco Jamboo” od „Despacito”.

Haddaway – What Is Love

To jeden z tych kawałków, które znamy doskonale wszyscy. Zdecydowanie największy przebój urodzonego na wyspie Trynidad muzyka. W zasadzie lokowałby go od razu na liście tzw. „one hit wonders”, ale promujący jego debiutancki krążek „Life” (czy tylko mi zawsze kojarzy się z motywem z „Mortal Kombat”?) również nieźle radził sobie na listach przebojów. „What Is Love” zyskał drugie życie dzięki słynnemu skeczowi z „Saturday Night Live” oraz jego pełnometrażowej wersji w postaci zapomnianej komedii „A Night at the Roxbury”.

2 Unlimited – No Limit

Twórczość 2 Unlimited to prawdopodobnie najlepsza definicja eurodance’u. Mamy tu i mocny, powtarzalny beat, i wyrazisty syntezatorowy riff, no i przede wszystkim: świetnie dopasowany duet wokalny Ray Slijngaard / Anita Doth. Powtarzalność tej tanecznej łupanki jest wręcz absurdalna, gdy sięgniemy po inne przeboje typu „Tribal Dance”. Zabawne, że Anita Doth – zanim dołączyła do projektu belgijskich producentów – pracowała jako… policjantka kierująca ruchem. Ciekawe, ile ofiar jej mandatów bawiło się później przy „No Limits”.

Mr. President – Coco Jamboo

„Co je kokodżambo?” – już ten jeden suchar świadczy o wpływie największego przeboju Mr. President na naszą kulturę. (gdybyście nie wiedzieli: oczywiście jaja je) Charakterystyczny motyw syntezatora imitującego fletnię pana to dziś lata dziewięćdziesiąte w pigułce. Pewnie nie wiedzieliście, że ten hit miał również swoją… świąteczną wersję. Niestety, nie zdołała zdetronizować „Last Christmas” i do dziś „Coco Jamboo” to przede wszystkim propozycja na upalne wakacje.

Captain Jack – Captain Jack

Fenomen grupy zmarłego w 2005 roku Franky’ego Gee to jedna z tych rzeczy, które mogły się wydarzyć tylko w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Tylko wtedy można było wylansować tak wielki sukces z tak absurdalnego pomysłu jak… przeniesienie musztry na parkiet. I jeszcze przebrać się w mundur łączący style amerykańskich marines i Armii Czerwonej. Już w następnej dekadzie „kapitan Jack” nabrał w popkulturze zupełnie innego, nowego znaczenia…

Gala – Freed from Desire

Po artystce, która przyjęła pseudonim po żonie Salvadora Dalego, można by oczekiwać różnych rzeczy. Niekoniecznie eurodance’u… Chociaż „Freed from Desire” przyniósł Gali złotą, platynową, a we Francji nawet diamentową płytę, dziś chyba nie jest aż takim evergreenem jak poprzednie hity na tej liście. Tym bardziej warto sięgnąć po cały album dla takich zapomnianych kompozycji jak tytułowy „Come into My Life” czy „Let a Boy Cry”. Mimo że cały materiał może dziś nieco razić produkcyjnym ascetyzmem.

Corona – The Rhythm of the Night

…i kolejna gwiazda z Włoch. Wspomnianą w szyldzie Coronę nosiła Olga Maria De Souza. Zanim rozpoczęła karierę muzyczną, pracowała w banku. Z korporacyjnego bagna wyrwał ją dopiero producent Lee Marrow odpowiedzialny za jej dwa pierwsze krążki. W 1993 roku „The Rhythm of the Night” stał się z miejsca hitem w jej ojczyźnie, lecz dopiero dwa lata później zdecydowano się go wydać w USA. W myśl włoskiej tradycji (więcej o niej przeczytacie w moim tekście o Kenie Laszlo), w największym hicie wcale nie śpiewa De Souza, a zapomniana wokalistka Jenny B. Jeśli chcielibyście posłuchać jej więcej, poszukajcie sobie twórczości zespołu Playahitty.

The Soundlovers – Runaway

Tego włoskiego zespołu możecie nie znać. Zdaje się, że z projektów wspomnianych w tym zestawieniu, najgłębiej zapadł się w mroki niepamięci. A jego podejście do eurodance’u było niezwykle oryginalne. Klasyczna definicja tego nurtu zakłada obecność wokalistki oraz rapera. Soundloversi obok Natahlie Aarts mieli charyzmatycznego Germana Leguinzamona, który oprócz efektownych popisów tanecznych uskuteczniał w ich twórczości wyjątkowo specyficzne wokalizy. Gdy dodamy do tego jeszcze całkiem melancholijne partie syntezatora, otrzymamy jedyny w swoim rodzaju okaz eurodance’owej przyrody.

Snap! – Rhythm is a Dancer

Projekt dwóch niemieckich producentów osiągnął już wcześniej wielki sukces za sprawą singla „The Power”. Jednak to dopiero druga płyta Snap!, „The Madman’s Return” z 1992 roku, przyniosła kojarzony dziś powszechnie numer „Rhythm is a Dancer”. Później było już niestety tylko gorzej. Z projektu odszedł raper Turbo B, a kolejny krążek nie powtórzył sukcesu poprzedników i doprowadził do rozpadu zespołu. Snap! powrócił dopiero w 2000 roku – znów z Turbo B w składzie.

Scatman John – Scatman (Ski Ba Bop Ba Dop Bop)

Historia Johna Larkina to jeden z tych pięknych przypadków, który mógłby posłużyć za scenariusz inspirującego filmu. Muzyk urodził się z zaburzeniem mowy, co skutecznie utrudniło mu kontakty międzyludzkie. Wstydząc się swojego jąkania, podjął się nauki gry na pianinie i został profesjonalnym muzykiem jazzowym. Swój debiutancki album wydał w 1986 roku, ale nie miał on jeszcze nic wspólnego z eurodance’em. W ten świat wprowadziła go dopiero przeprowadzka do Berlina. To tam Larkin stworzył swoje alterego i napisał hit, który nie tylko uczynił największą słabość jego największą siłą, lecz także wykreował go na międzynarodową gwiazdę.

Ace of Base – Beautiful Life

Na koniec najbardziej spektakularna gwiazda związana z eurodance’em. Dziś ciężko uwierzyć, że ta szwedzka kapela Ulfa Ekberga i trójki rodzeństwa Berggren wywodziła się z punkowych, a nawet heavymetalowych korzeni, jednym z jej pierwszych szyldów był Tech-Noir (tak jest, po słynnym klubie z „Terminatora”), a ten, który dziś doskonale kojarzymy został zainspirowany… „Ace of Spades” Motorhead. Eurodance z nutką mrocznego dubu przypadł do gustu prawie 20 milionom ludzi, którzy pognali do sklepów po debiutancką płytę zespołu. Ace of Base był nową ABBĄ – dokładnie taką, jakiej potrzebowały lata dziewięćdziesiąte.

Powyżej starałem się Wam pokazać jak najbardziej zróżnicowane podejścia do eurodance’u. Od jego klasycznej, pierwszej fazy, tkwiącej jeszcze w latach osiemdziesiątych, aż po kolejne ewolucje. To wszystko jednak wciąż zaledwie wierzchołek góry lodowej. Podawajcie swoje ulubione typy w komentarzach, tymczasem jeszcze więcej hitów znajdziecie na playliście poniżej:

The following two tabs change content below.

rajmund

Lokalny Ojciec Dyrektor, gramatyczny nazista, ejtisowy cyborg, wcale nie hipster. Jarają go szczególnie cyberpunki, rudości, macki, ejtisy i szeroko pojęta elektronika. Bez muzyki umiera, w ciszy wariuje, a jak jeszcze w pobliżu nie ma wi-fi...

0 komentarzy do "10 hitów, które przypomną Ci eurodance"Dodaj swój →

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *